Historia pewnej reklamacji

 

Gadżeciarą jestem, nie przeczę. Użytkowanie wszelkich ciekawych umilaczy codziennej egzystencji, szczególnie jeśli są koloru białego, wzbudza we mnie pozytywny dreszczyk. Nic dziwnego więc, że kiedy postanowiłam zmądrzeć i nie wymieniać w starym pulsometrze baterii po raz szósty, tylko zainwestować w coś lepszego, wybór padł na garmina. Białego, rzecz jasna.

Nie wiem, czy jakikolwiek zakup nauczył mnie więcej, niż przygody konsumenckie z biało-zielonym zegarkiem. Nasza trudna relacja zaczęła się już wtedy, gdy zamówiłam go na allegro, skuszona ceną niższą o jakieś 300 zł niż na niego przeznaczyłam. Każda stówka oznaczała w tym przypadku TYDZIEŃ czekania na niego, mimo że nabyty był drogą internetową. Oczywiście to nie wina sprzętu, tylko allegrowicza.

Kiedy już przybył, natychmiast zapomniałam o tygodniach wyczekiwania. Sprzęt sprawdzał się świetnie. Do czasu pęknięcia zacisku do zegarka, przez co możliwe było ładowanie garmina tylko jeśli dociskałam go manualnie. Niestety, za najniższą krajową nikt nie chciał podjąć się trzymania zacisku, a i ja miałam lepsze rzeczy do roboty.

Pozostała reklamacja. Tutaj zaczęła się cała rozrywka. Jako że sprzęt został nabyty przez allegrowicza w Decathlonie, pełna wiary udałam się w pewien poniedziałkowy poranek na drugi koniec miasta w celu przedstawienia problemu. Ze względu na taką a nie inną porę, ktoś pracujący w tym sklepie za karę, sapiącym tonem łaskawcy rozpoczął swoje uwagi, których Wam oszczędzę. Poprosiłam o odesłanie ładowarki do producenta albo po prostu o wymianę części.

–  Cały sprzęt musi być przyniesiony.

– Aha, cały? – odparłam mało rezolutnie, ale brak mojej kumatości nie uprawniał pana do uwagi: – No, a co pani sobie myśli? Że ja oddam pieniądze, jak nie mamy całości?

– Nie powiedziałam ani słowa o tym, że chcę pieniędzy. Tylko wymiany.

Nie chciałam odsyłać całego sprzętu, a okoliczności pozwoliły mi spróbować jeszcze w Decathlonie wrocławskim. Tam uznano, że gwarancja nie obejmuje uszkodzonego zacisku (po uprzednim przejściu produktu przez ileś rąk specjalistów od fachowych interwencji). Wszystkie opinie przekazywano mi przez niewinną istotę z obsługi, a jako że to był mój urlop, po prostu spakowałam ładowarkę z powrotem do torby i opuściłam na zawsze gmach, obiecując sobie oczywiście, że nigdy tam nie wrócę.

JUŻ PRAWIE KOŃCZĘ

Zanim zdecydowałam się na zakup nowego zacisku, postanowiłam spróbować u źródła. Wypełniłam formularz na stronce producenta, nie licząc zbytnio na odpowiedź. A ona nadeszła po chwili. Ponadto miałam TYLKO wysłać dowód zakupu, numer seryjny sprzętu i… tyle. Nowe akcesorium nadeszło pocztą. Po kilku dniach, bo wędrowało z UK. Pytanie brzmi: Nie można było tak od razu? Pytanie brzmi: Jak tu ich nie kochać?

Jeśli ktoś dotarł do tego momentu notki, to dziękuję bardzo. Możecie przesłać ją do programu „Urzekła mnie twoja historia”. Wypadałoby górnolotnie spuentować tekst, na przykład: oto podaję przykład, jak walczyć o swoje…!  Ale tak naprawdę po prostu skorzystałam z tego, że ktoś tu zagląda i mogę się podzielić moją radością, że zegarek najedzony w pełni, a producent nie zrobił ani jednego problemu przy reklamacji.

Niech Moc będzie z Wami!

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (2)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *