I Bieg na Miedzyniu. I nie ostatni

Miedzyń. Dzielnica w zachodniej Bydgoszczy, o której jeszcze rok temu nie miałam pojęcia (wiedziałam tyle, że po prostu jest), po czym – kiedy  ją poznałam – polubiłam z miejsca i to nie tylko z uwagi na mieszkańców, którzy przypadli mi do gustu i do bezsennych nocy. Okazało się bowiem, że Miedzyń to świat jednorodzinnych domków i lasów, a więc niby miasto, ale w sumie wieś. Tak też czułam, pisząc na tego bloga noty, mając za oknem widok na tablicę z przekreślonym napisem „Bydgoszcz”; przebywam w mieście, ale wystarczy krok i mogę uznać, że zaliczyłam wypad za miasto.

Po przeczytaniu tego jakże głębokiego wstępu pomyślicie pewnie „aha, więc między domkami i lasem”, kiedy wspomnę, że wczoraj wzięłam udział w I Biegu na Miedzyniu.

I będziecie mieli rację.

Jeśli napiszę, że bieg ukończyło ponad 230 osób, a wpisowe wynosiło 20 zł, to pewnie pomyślicie, że mogliśmy się poczęstować tylko wodą.

I będziecie się mylić.

bieg na Miedzyniu

Pakiet startowy pozytywnie zdziwił chyba każdego. Woda, banan, przyprawy (ten element ucieszył mnie najbardziej), a do tego coś odblaskowego (ten kopciuszek, którego widać na zdjęciu, chyba wyląduje na ostrzaku) i kupony na pączka i ciasto po biegu. Cóż, widząc dwa ostatnie pomyślałam tylko jedno: „Trzeba pobiec 5 km na beztlenie” i już na zawsze porzuciłam sceptyczne podejście do jechania na drugi koniec miasta, żeby pobiegać niecałe pół godziny.

Beztlenu nie było, ale całkiem przyzwoita prędkość jak na moje zimowe niebieganie. Wiem, wiem, już czerwiec i nie ma co tłumaczyć się zimą. Od niej sporo się zmieniło, ale mentalnie chyba wciąż nie wygrzebałam się z grudniowego lenistwa, które przedłużyło się do marca. Wracając na trasę: świetnie było pobiec bez większych oczekiwań i biegowej spiny. Na 5 km w biegu zorganizowanym można biec dla samej zajawki albo dlatego że wątpi się w swoje możliwości na debiut dyszkowy. Poza tym przy takiej frekwencji nie było mowy o strefach czasowych i tych innych rzeczach, na których nieprzestrzeganie można się wkurzać podczas biegów mainstreamowych. Nie mówiąc już o tym, że w ciągu 5 km naprawdę nie ma miejsca na wielkie kryzysy, jeśli już kilka lat się klepie te kilometry.

Na koniec chciałabym tak symbolicznie i blogowo poklaskać organizatorowi. Maksymilian jest maturzystą i naprawdę to wszystko ogarnął! Jak przypomnę sobie siebie-maturzystkę, to mimo że nieśmiało biegałam, bardziej miałam w głowie marudzenie na DJ-a, który ośmielił się zremiksować „Numb”, niż zrobienie imprezy na dwieście osób – obojętnie, czy miałoby być to wesele, czy pobieganie. Ogromne gratulacje – mam nadzieję, że wszystkie pozytywne sygnały, które organizator dostał po biegu, dały mu niezłego kopa do kolejnych przedsięwzięć!

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (3)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *