fbpx

I co z tego, że wciśniesz hamulec?

 

Po jednym z maratonów rowerowych, na którym byłam prezenterem przybocznym, podszedł do mnie i do grupy pozostałych przybocznych inny instruktor, który jechał tę lekcję na widowni. Pofatygował się tylko po to, by powiedzieć, że na scenie każdy z nas jechał w swoim rytmie. Niby ton żartu, ale jednak złośliwość, gówno zapakowane w złoty papierek. Na szczęście ta osoba nie wnosi nic do mojego życia, więc jej uwagę wzięłam sobie mocno do… niczego.

Czytaj również: Wypadanie z rytmu na zajęciach indoor cycling

Photo by Tim Mossholder on Unsplash / Photo by Luca Campioni on Unsplash

Tak samo polecam reagować na jakże uprzejme głosy w głowie, w Internecie i na klatce schodowej, słyszalne wtedy, kiedy właśnie praktykuje się wypadanie z rytmu swojego codziennego zapieprzania, czyli chce się robić… nic. Wciąż jeszcze za mało jest zawałów z przepracowania, żeby work-life balance z hukiem trafił do mainstreamu. Bycie zajętym jest takie nobilitujące…

Głosy, głosy; któż z nas ich nie słyszy. Słyszysz Ty, słyszę ja, choć nie stwierdzono u nas psychicznych zaburzeń – jeszcze.

Masz wolny czas, to chyba poświęcisz go na jakieś modne hobby? Jeśli spędzasz  chwile z książką, to chyba rozwojową? A tak szczerze, to… od czego odpoczywasz? Jakoś na twoim koncie ostatnio nie widać sukcesów, więc lepiej spędziłabyś ten wolny dzień w pracy.

Hm, odpoczywasz w Internecie? Przecież do prawdziwego wypoczywania powinno się wyłączyć zasięg w telefonie i zaszyć w głuszy. Gówno wiesz o uważności.

Wszyscy wiedzą, co dla innych najlepsze.

Na zjeździe korba nadal się kręci

Lubię ten osławiony stan flow, kiedy nawet przez parę dni zapominam o świecie, bo wkręcam się w jakąś czynność. Chęć jak najlepszego wykorzystania czasu i bycia w szczytowym punkcie kreatywności zwala z nóg, sadza przy jednej rzeczy i nie pozwala wstać.

Wiem jednak, że kiedy pozostaję za długo w takim rytmie, choćby najbardziej oczekiwanym przez świat pędzący po sukcesy, docieram do punktu, kiedy łapię się na zapieprzaniu jak chomik. Myśli w głowie krążą niczym pedały w ostrym na zjeździe. Chociaż włosy rozwiewa wiatr, a umysł podsuwa ułudę wolności, ta siła rozpędu wcale nie gwarantuje sukcesu. Nogi nie nadążają, wcale nie kontroluję wszystkiego tak, jakbym chciała. Zjazd może się nigdy nie skończyć, bo zawsze będzie coś do zrobienia. Albo przeciwnie: odcinek skończy się zbyt gwałtownie, a wtedy tylko przytrę twarz.

Gdzie będą wtedy te wszystkie głosy z głowy, Internetu i klatki schodowej? Czy przyjdą i poklepią po ramieniu, szepcząc czule: Kochana, przepracowałaś się, odpocznij…?

Wysoka kadencja to nie wszystko 

Życie jest jak jazda na rowerze. Żeby jechać na przód, musisz trzymać równowagę. – kolejny raz widzę w tym sens.  Żaden banał nigdy tak dobrze nie pasował do mojej filozofii.

Wysokie kadencje są w programie dla zaawansowanych. Dla tych, którzy wiedzą, że po odcinku odciny trzeba odpocząć. Jazda bardzo szybko, ale bez obciążenia? Amatorstwo i rozjechane kolana, choć z boku wygląda to na trening życia. A taki brak hamulca na ostrym? Lans, dopóki nie wylądujesz pod kołami samochodu.

To ja odpowiadam za wciśnięcie hamulca, kiedy zaczyna się zjazd. Bez oglądania się na głosy mówiące o tym, że jeszcze będzie czas, by odpoczywać. Najlepsze pomysły przyszły do mnie po tygodniach pozwolenia sobie na nierobienie niczego szczególnego poza tym, co trzeba. Na nieszukanie, na brak presji. Dlatego już nie boję się wypadać z rytmu, choć było to trudne dla człowieka targanego skrajnościami. Wykalkulowałam, że skoki napięć zbyt wiele mnie kosztują.

Wypadanie z rytmu to nie dramat. Nawet, jeśli dowodzisz na tych życiowych zajęciach.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *