Instruktor z tróją z WF-u

To było prawie zapomniane pomieszczenie.

Trzeba było do niego schodzić trzy razy w tygodniu. Na sam dół, w okolice kotłowni. Każdy marzył, by być już w czwartej klasie, by móc chodzić na wuef do dużej sali. Tylko najmłodszych czekały wycieczki do miejsca, w którym unosił się kurz i dziwny zapach starego drewna połączonego z granatowo-białymi halówkami za dziesięć złotych.

W sali do wuefu (powinna mi wysłać podziękowanie za ten komplement) robiło się dużo dziwnych rzeczy, z których szczególnie pamiętam jedną. Stajesz przodem do drabinek. Nachylasz się i unosisz ręce. W tej dziwnej pozycji musisz złapać drabinki po czym odbić się od podłogi, a po sekundzie wisieć z głową w dół.

Kiedy udało mi się już wykonać to ćwiczenie przy którymś podejściu (bo sama zorientowałam się, że jest na to patent – wystarczy jak najniższy szczebel chwycić), byłam tylko zażenowana i miałam jakieś 20 kompleksów więcej niż przed tym karkołomnym ćwiczeniem. Po kilkunastu latach od tamtych zajęć zastanawiam się tylko: jaką sprawność miały rozwinąć we mnie te wygibasy?

W kolejnych latach na wychowaniu fizycznym było już tylko lepiej… Rywalizacja w jakichkolwiek wyścigach to była katorga, bo mimo że nie miałam nadwagi, ruszałam się w ślimaczym tempie. Bieg na sześćdziesiąt metrów to było bicie rekordu w różnicy wyniku między mną a dobrą koleżanką, która kończyła ten bieg w osiem sekund. Mama tłumaczyła, że mam sobie wyobrazić, że ktoś mnie goni, to może będę biegać szybciej… Nie dało się, no po prostu zanim podniosłam dupę z bloków startowych, kumpela była już w połowie drogi.

Na dokładkę ta prosta zasada obowiązująca na wuefie: jeśli osiągasz taki a taki wynik, masz szóstkę. Jeśli taki, to cztery, a potem to już tylko trója. A zatem: Bardzo dobrze, Agata! Dostateczny.

Nie wiem do tej pory, co wyprowadziło mnie któregoś razu na dwór i dziękuję, że to coś nie wiedziało o tym, że aby zacząć biegać, trzeba mieć dobre buty. W ten sposób moja cudowna kariera biegowa zaczęła się w starych dresach i butach niekoniecznie do truchtania przeznaczonych. Potem wylądowałam na Indoor Cyclingu, zaliczyłam półmaratony i maraton, a także zorientowałam się, że mogę podnieść naprawdę spory ciężar. Po wielu miesiącach dzikiego trenowania poczułam się na siłach, by być instruktorem. Przypominam: przez szarfę przechodziłam o kilka sekund dłużej od moich rówieśników.


A ta przydługa historyjka znalazła się tu po to, bym mogła powiedzieć: jeśli jesteś lamą z wuefu, nie martw się. Możesz to zmienić


To utopijna wizja: każdy z dzieciaków jest oceniany na wuefie według własnych możliwości i chęci do wykonywania zadania, a nie za prędkość, którą może osiągnąć przebierając nogami. Do tego może wybrać, czy woli biegi, gry zespołowe czy sztuki walki. Może wtedy skończyłoby się obwinianie rodziców za pisanie dzieciom zwolnień z zajęć ruchowych? Warto się przyjrzeć tej kwestii, bo ona na pewno ma dwie strony. Dzieci zwolnione z wuefu to nie tylko szkraby rodziców, którzy zalegają całą dobę na kanapie i tego samego życzą swoim dzieciom. To także maluchy, które są przerażone tym, że po błyszczeniu na polskim albo na matmie muszą przejść do śmierdzącej sali i ścigać się nie wiadomo po co z dużo lepszymi od siebie kolegami i potem mieć poczucie winy, że cała drużyna przegrała przez nich. To dzieci, które zawsze przy dobieraniu się w grupy są wybierane jako ostatnie. Które od najmłodszych lat, jeśli nie znajdą dla siebie odpowiedniej aktywności, a są zmuszane do każdej ujętej w programie, potem przez długie lata nie czują ochoty ruszeni tyłka sprzed kompa.

Moje dziecko będzie miało w wieku dwóch lat założone buty i będzie ze mną biegało. (Dobra, dobra. Jeśli ktoś się oburzył, to wiadomo, że jest na blogu pierwszy raz).

Wierzę, że mój maluch będzie z ochotą chodził na zajęcia ruchowe, ale jeśli zacznie przebąkiwać o tym, że wuef go w jakiś sposób boli, podejdę do tego ze zrozumieniem. Ja już się za niego nawisiałam z głową w dół.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (2)

  1. Haha, pozdrawiam ja – instruktor z wiecznym zwolnieniem z w-fu, bo na szczęście miałam mamę, która mogła załatwić ;) W podstawówce było okej, bo zajęcia były różnorodne i dużo biegania po dworzu (pewnie przez brak sali :P), ale w liceum 90% czasu graliśmy w siatkówkę, której szczerze nienawidziłam. Któregoś dnia stwierdziłam, że nienawidzę w-fu, ale można by się zacząć ruszać i trafiłam na fitness, więc jakby nie patrzyć mojej pani od w-fu zawdzięczam to, gdzie teraz jestem :D

    1. Wieczna siatkówka na WF-ie: skąd ja to znam… Powybijane nadgarstki i palce. :D
      To była piłka, której najmniej bały się dziewczęta.
      No, ja też pewnie skończyłabym nieco inaczej, gdyby nie takie przygody z wychowaniem fizycznym. Zatem przydały nam się takie akcje. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *