Jak coś, to jestem, tylko mnie olśniło

Była wysoka, koścista, ubrana zwykle na czarno. Postawienie komuś pały w dzienniku nie dawało jej wystarczająco dużej przyjemności, trzeba więc było dodatkowo robić osobiste wycieczki do makijażu uczennic albo długości ich koszulek. Mimo że za jeden z jej tekstów nie cierpię wspomnienia o niej do dziś, zapamiętałam jedno zdanie, które rzuciła podczas jednego z podsumowań sprawdzianu.

Narząd nieużywany przestaje funkcjonować.

Tydzień wystarczy, bym zasiadając do pisania na bloga czuła, jakbym palce miała bardziej drewniane niż nogi podczas zajęć zumby. Kolejny raz powracam do mojego miejsca w sieci z myślą, że powinnam lepiej, mocniej, intensywniej. Tydzień bez tekstu wydaje się tragedią – serio, lubię moje problemy. Prawdopodobnie na częstotliwość dodawania tekstów miałabym tak mocno wylane jak Wy, gdyby nie on. Niebieski bóg wśród portali społecznościowych, straszący mnie swoim palcem, na którym wytatuował zasięgi. Zrób rachunek sumienia, Agato! Nie publikujesz postów. Wyraź żal za swój grzech, postanów poprawę. Zamieść post, zadośćuczyń, byle porządnie – daj na ofiarę, zasponsoruj wpis, bożek przyciągnie do ciebie tłum wiernych.

Od niedawna mam w sobie jakąś wewnętrzną niezgodę na to, co dzieje się w tej „zdrowej” stronie sieci. Szczególnie piję do fejsa, na którym, mimo segregowania treści, i tak widzę ciągle kolejne zmetamorfozowane pośladki. One, w pakiecie z owsianką i zdjęciem w lustrze wciąż stoją na niebieskim społecznościowym podium. Srebro otrzymują ludzie, którzy nawet urlopu nie potrafią spędzić bez społecznościówek, musząc pokazać się dosłownie w każdej pozie, również tej nachlanej ol inkluziw. Nie wiem jeszcze, kto dostanie brąz, ale pewnie właścicielki pierwszego zdjęcia z usg, na których one widzą swoje fasolki, a inni widzą wielkie nic.

No i okej. Tłumaczę sobie, że niektórzy tego potrzebują. Ja potrzebuję pokazać swoją mordę spaloną Woodstockiem. Albo przyozdobioną medalem. W końcu pewnie nam wszystkim chodzi o to samo – o sympatię i uznanie.

^^^

Ostatnio dużo spaceruję. Robię dziennie około 6 km. Niby nic, ale bez nich jest mi bardzo dziwnie. Stwierdziłam, że pewne rzeczy, które muszę zmienić/wymyślić/naprawić, po prostu sobie wychodzę. Wpadnę na coś – i nie będzie to zielona kupa w parku. Olśni mnie. Nie będę sobie cisnąć, że nie mam konkretnego planu na dziesięć lat. W końcu stres zabija. A ja bym chciała jeszcze trochę pożyć. Zajęć poprowadzić. Zjeść te wszystkie wyszukane potrawy z mąki kasztanowej.

Stało się: wychodziłam sobie plan na kilkadziesiąt miesięcy. Odmłodniałam o jakieś pięć lat, bo to pięć lat temu doznałam olśnienia i zaczęłam spędzać x godzin na sali IC, jeżdżąc do lustra. Czuję się podobnie jak wtedy. Czeka mnie ta sama droga, tylko w innej dziedzinie. Niezwiązanej z parkietem, tomahawkiem, muzyką, potem, odżywianiem, bieganiem… niezwiązanej w ogóle z tematyką tego bloga.

Uwielbiam pisać, uwielbiam ten blog. Nie mogę go ot tak porzucić, tłumacząc się brakiem czasu i tym, że zajęłam się zupełnie czym innym. Blog będzie żył, bo go potrzebuję. Będę go pisać choćby dla jednej osoby, która tu trafi, tak jak i nie raz prowadziłam zajęcia dla jednej osoby. To niezwykle ważny element mojego życia, ale tylko on, w oderwaniu od szumu w social mediach. Pewnie to prawda, co mówią spece od blogosfery: bez mocnych sociali, z samym blogiem, jest się w sieci nikim. Jak mi wygodnie nikim być…

Nie chcę, żeby coś mi ciągle pokazywało, jak długo już nie pisałam. Nie chcę mieć poczucia, że powinnam gonić za lajkami i zasięgami. Nie chcę pokazywać na fejsie swojej paszczy w roli głównej. Widzieliście lepsze filmy, poza tym zbyt łatwo się w tym zagubić i stracić kontakt z rzeczywistością.

Wpadajcie tu, nawet jeśli długo nie będzie się nic działo na fan page’u. Polecam RSS, polecam wpisywanie „agatamusz.com” w pasek przeglądarki. ;) A może wygłupiacie się trochę na snapczacie? Bo ja się wygłupiam z najbliższymi, ale chętnie poszerzę kręgi. :D

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (3)

      1. luzik… już idzie ku lepszemu. mięśnie już nie trzeszczą, w niedziele przejazdem w Bydgoszczu żarliśmy w Burgerkingu w jakiejś dziwnej „galerii” jakbyśmy napisali co to by sie pewnie fitblogery zapłakały ;-)
        Jutro Magdalena zapierdala skakać ze swoimu „dziecięciami” na IC :-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *