Jak się nie koncentrować, czyli komedia domowa z pilatesem w tle

 

Do poznańskiego półmaratonu pozostało mniej niż 90 dni, do Bydgoszcz Triathlon dni mniej niż 180, a po drodze do tri spodziewam się jeszcze jakiejś dyszki. Cele na blogu na 2016 spisałam już dawno – miało to być przycznkiem do tego, by życiówki krążyły w głowie odpowiednio wcześnie. Jak jednak wiadomo nie od dziś, od samych myśli sukcesów na trasie – i nigdzie – się nie osiąga, no chyba że potrafi się odpowiednio stosować filozofię New Age. U mnie nju ejdż skończył się na przeczytaniu „Sekretu” i przyciągnięciu siłą woli dwóch eklerów na raz z cukierni do żołądka, więc na zdobycie rekordów na trasie w podobny sposób nie liczę.

Można więc rzecz, że mnie olśniło! Trzeba działać w sposób bardziej zaawansowany niż „dokręcamy”. A nie ma bardziej odpowiedniego momentu ku temu niż śnieżny poranek, gdy człowiek jest rześki i dosyć zuchwale podchodzi do nowości. Zatem zamiast rzucić się na głęboką wodę biegania w śniegu po miesiącu nieobecności na wydeptywaniu chodników, postanowiłam łagodniej zacząć dzień i zrobić coś, czego nie robiłam od lat, czyli ćwiczenia pilatesowe. Bo tak plecy pobolewają ostatnio, a mięśnie głębokie na pewno się ucieszą, jeśli obudzę je z zimowego snu.

Brak maty nie może być wymówką, więc biorę koc. Rozsiadam się wygodnie między choinką a dwoma rowerami, czyli na ostatku wolnego miejsca w pokoju. Odsuwam fotel sprzed komputera, na monitorze którego właśnie pojawia się urocza trenerka – to ona zaraz będzie mi pokazywać swoim rozciągniętym ciałem wszystkie moje ułomności. Konieczność odsunięcia fotela połączona z niechęcią do powstania z podłogi już sama w sobie okazuje się być pilatesową figurą, której mistrz Joseph nie mógł przewidzieć, ale posłusznie się rozgrzewam. Wdech, wydech, zen i posłuszeństwo. Będę taka odprężona i naładowana dobrą energią…

Pilatesowe schody zaczynają się szybciej niż podejrzewałam. Okazuje się, że otwarcie klatki piersowej kończy się atakiem choinki z lewej i rowerów z prawej. Nie śmiem się jednak poddać! Bogatsza o sesję akupunktury i przyozdobiona smarem powracam do mojego porannego odprężenia. Szkoda, że okazuje się, iż z kocem mi za ślisko,a bez niego – za twardo. Ale przecież nie zrezygnuję, to tylko koc. Tylko? Zaraz dołącza do niego pasek od sportowych spodenek, który wbija się w kręgosłup, gdy próbuję rolować kręgi. Nikt mi nie powiedział, że do pilatesa muszę mieć ubranie,które określa jeszcze inne słowo poza „luźne”.

Gdy znów próbuję się koncentrować na ćwiczeniu, kot przypomina sobie o mojej obecności i wyraża zainteresowanie, bądź co bądź, nowością na kwadracie. Niestety, ona nie macha łapami bezmyślnie, a wręcz przybija mi piątki. Kocia choreografia wygrywa z pilatesowym mostkiem. Który musiał dobiec końca (dobiec, a trzeba było jednak dać nura w śnieg…), bo nagle łapię się na tym, że siedzę i gapię się na doskonale wcięty brzuch sympatycznej pani trener i myślę o tych wszystkich czekoladach, których nie mogłabym zjeść, by być właścicielką podobnego. Zajmuje to moją głowę do czasu, gdy do świadomości przedziera się trenerskie zapewnienie: „Dzięki tym ćwiczeniom staniesz się nawet o kilka centymetrów wyższa”… Co!? O nie! Tylko nie to!…

I tak już do końca ćwiczeń. Koc, kot, ślisko, drapie, igliwie i jedyne, czego nie mam w pakiecie, a powinnam, to proste plecy.

Zanim rozpocznę następnym razem pilates w domu, będę musiała:

a) załatwić matę,
b) załatwić spodenki,
c) przeorganizować przestrzeń,
d) nie patrzeć na brzuch trenerki, 
e) oddelegować kota do innych zdań,
f) pozbyć się innych rozpraszaczy.

Chyba szybciej będzie, jak pojadę na takie zajęcia do klubu. A będzie to miało jeszcze jeden, największy plus, który właśnie miał być mini-morałem z tej historyjki.

Dziś czuję raczej ból niż dobroczynne działanie wczorajszej sesji.  Dlatego warto oddać się czasem w doświadczone, wyszkolone ręce. 

Czytaj też: Gdzie ćwiczyć: w klubie czy w domu?

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (2)

  1. Muszę przyznać, że Twoje wyczyny sprawiły, że wybuchłam zdrowym śmiechem. Bardzo nieładnie z mojej strony.. Polecam pilates i stretching w klubie! Dzisiaj instruktorka tak mną wygięła, że nie wiedziałam, że tak potrafię!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *