Jak zostać instruktorem Indoor Cycling?

 

U mnie wszystko potoczyło się szybko.  Moja pierwsza instruktorka powiedziała, że trudno znaleźć kogoś ogarniętego do prowadzenia zajęć. „O chuj” (pomyślałabym, gdybym wtedy znała to wyrażenie). „NISZA” (pomyślałam capslockiem, bo znałam to wyrażenie).

Potem już tylko pokonywanie wymówek, Google, rok dzikich treningów, basic, dwie godziny swoje i milion zastępstw, milion godzin własnych, dwie kolejne licencje i o. Mogę odpowiedzieć na tytułowe pytanie.

Jak zostać instruktorem zajęć na rowerach stacjonarnych, obojętnie w jakiej szkole? Odpowiedź wydaje się banalna: płacisz na szkolenie, przedstawiasz papier w klubie i dostajesz pod opiekę ludzi. Owszem, w wielkim skrócie tak to wygląda, ale po drodze warto jeszcze mieć na uwadze kilka drobnostek.

 Chętnie bym się porozczulała szczegółowo nad swoją drogą, ale to może dla zainteresowanych.

 

Instruktor indoor cycling  – kurs i papier

Dla mnie jest to absolutną podstawą. Nie wiem, czy wciąż popularne są praktyki prowadzenia zajęć bez ukończonego kursu. Mam nadzieję, że poszło to w zapomnienie i każdy, kto bierze pod swoje instruktorskie skrzydła kilkanaście osób (lub nawet jedną) wie cokolwiek choćby o bezpieczeństwie na treningu. Oczywiście z każdą teorią można się nie zgodzić i powiedzieć, że lepiej, aby zajęcia na rowerach stacjonarnych prowadził człowiek, który 10 lat startował w maratonach MTB i nie ma papieru niż ktoś, kto z ulicy przyszedł na podstawowy kurs i tylko na nim bazując, będzie działał z ludźmi. Ja nie wiem, co w tym przypadku jest „lepiej”. Wiem, co jest „najlepiej” i tylko to biorę pod uwagę. Umówmy się, że w dobie wciąż rozwijającego się rynku fitness instruktor z papierami i wiedzą to ktoś, kogo możemy oczekiwać i wymagać, płacąc za karnet. Biorąc pod uwagę popularność kursów, chyba coraz mniejsza liczba menedżerów musi wybierać „mniejsze zło”.

Robimy zatem podstawowy kurs w jednym z trzech „nurtów” stacjonarnej jazdy, pamiętając, że na tym się nie kończy rozwój. Szkolenia typu basic dają w zasadzie namiastkę bardzo dużej wiedzy, którą można zdobyć na wyższych szczeblach. Zrozumiałam niedawno, że nie każdy musi mieć potrzebę doskonalić się w jeździe na stacjonarnej kozie, ale wciąż uważam, że prawdziwy rozwój w tej dziedzinie dają kolejne poziomy i kontakt ze szkoleniowym środowiskiem (w końcu otoczenie to ważna rzecz). Licencje (tak to się nazywa w Team ICG, a jak wiecie, ja w tym systemie się szkoliłam) wymagają sporo czasu i uwagi, ale ile się w to włoży, tyle się dostanie z powrotem. Oprócz wiedzy i praktyki, są to wspomnienia pozostające w głowie na zawsze i znajomości, które wychodzą poza szkoleniowe studio. 

Wybór szkoły to oczywiście kwestia indywidualna. Najczęściej pada na tą, którą praktykowaliśmy jako uczestnicy zajęć. Można oczywiście się z tego wyłamać, co – uprzedzam – może nie być proste. Od razu zaznaczam, że jeśli będziesz świetnym prowadzącym, szkoła nie będzie decydującą sprawą i bez problemu dostaniesz zajęcia.

Instruktor indoor cycling – praktyka

Od samego papieru nikt nie został zajebistym instruktorem i tutaj jest taka zasada jak wszędzie – praktyka musi uzupełnić teorię. Zakładam, że decydując się na kurs, mamy już spore doświadczenie jako klienci. Co dalej? Najczęściej zaczyna się w swoim macierzystym klubie, jednak nie jest to regułą. Warto mieć na wszelki wypadek ogarnięte w głowie pierwsze zajęcia, nie znasz dnia ani godziny! Oczywiście olbrzymie znaczenie mają tutaj znajomości. Nie mówię o posiadaniu znajomości w pejoratywnym tego słowa znaczeniu. Nie da się ukryć, że szepnięcie tu i ówdzie, że będzie się robiło kurs może sprawić, że zapadniemy komuś w pamięć. To nic złego zrobić sobie dobry grunt. Pod zastępstwa przede wszystkim, bo to one najczęściej są początkiem instruktorskiej drogi. Warto jednak pamiętać, że polityka klubu może być inna niż oczekujemy; nie każdy chętnie daje zastępstwa komuś z zewnątrz. No, ale… W końcu tak trochę z wewnątrz jesteśmy, no nie..?

Nieoceniona jest pomoc doświadczonego instruktora. Czasem przed podstawowym kursem, czasem po. Nie ma co unosić się honorem i stwierdzić, że teraz to my już jesteśmy najlepsi – to szkodliwa postawa zarówno przy posiadaniu podstawowego poziomu, jak i tego najwyższego. Dlatego prośba o uwagi, komentarze, wskazówki powinna przechodzić nam przez gardła płynnie jak kisiel. Przekonanie o własnej nieomylności daleko nas nie zaprowadzi – to już moje przekonanie dość uniwersalne, a nie tylko dotyczące instruowania innych.

Wy jesteście w świetnej sytuacji, bo macie mnie. Można mnie pytać i dociekać. ;) Ja na przykład, gdybym teraz robiła kurs o potrzebowała opinii/rady, dajmy na to co do techniki, nagrałabym krótkie wideo ze swoją jazdą i podesłała komuś, kto się na tym zna. Oczywiście można też zaczekać do szkolenia – każdy sam kształtuje swoją ścieżkę. To paradoks, jeden z wielu: miło jest mieć mentora, ale w którymś momencie i tak zostajemy sami i trzeba to udźwignąć. Najlepiej dobrze pracującą stopą. ;)

„To godziny jeżdżą, nie szkolenia” – usłyszałam kiedyś i widzę w tym sporo prawdy. W końcu licencja A raczej nie mogłaby się w pełni objawić, jeśli… nie miałaby gdzie i kiedy. Wymarzony scenariusz jest więc taki, że macie do tego pasję, chęci, „mentora”, możliwość wzięcia zastępstwa i… poczucie, że moglibyście to robić również za darmo. Ja rozważałam wolontariat – ach, ten młody, studencki umysł i wielkie pragnienie… Na szczęście okoliczności sprzyjały i od początku odbierałam kieszonkowe.

Jak widać, drogi do bycia dobrym instruktorem nic nie wyróżnia spośród dróg do innego sukcesu. Tak jak wszędzie liczy się praca, wytrwałość, zaangażowanie, praktyka, chęć doskonalenia się, nuta pasji, a czasem znalezienie się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie i korzystania z okoliczności.

Powodzenia!


Fot. Przemek Obarski. :) 2014!

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (2)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *