Jedyny stały punkt w chaosie

Znowu jest szósta rano, choć przed chwilą było kilka minut po północy. Woda na oczy, jajka z warzywami do żołądka, a już za moment mroźny wiatr na policzki. W głowie nadzieja, że niebawem już nie będzie to mróz, tylko rumieńce od jazdy rowerem i radość, że już jaśniej niż miesiąc temu i nie wychodzę z domu w nocy. Czapka została w domu – znów nie daję dobrego przykładu. Później już tylko dźwięk silnika i myśl, że do pierwszego łyku yerby pozostało 20 minut.

Dzień składa się z haseł. Znów wszystko na luźnych kartkach – kalendarz kurzy się na stole – dobrze, że chociaż na ten rok i przez roztargnienie nie planuję przeszłości. Krzywe zapiski pożyczonym długopisem. „Muza na indoora”, „ciuchy”, „zbożówka, feta, warzywo” – choć przecież wiem, że po całym dniu do koszyka wpadnie też słodki rozluźniacz. W sumie miło, że nie skrobię: „recepta”, „lekarz”, „renta”. Albo „oliwki”.

Nie sposób się skupić. Tu powiadomienie, tam chwasty z wirtualnych dyskusji czekają na wyrwanie, a w nogach jeszcze mikrouraz z pośpiesznego treningu. Tak tracę zapał chwilami, ale już wyrzut sumienia się czai, bo wiem, wiem, doceniam, czytałam „Zorkownię”, informacje o wypadkach napływają zewsząd, znów rowerzysta pod kołami tira. Ja przecież nie mam problemów.

To może na jogę, by ogarnąć głowę, wpada nieśmiała myśl. O, już to widzę:

„Wycisz się, oddychaj… wdech… i wy… muszę pamiętać o wytarciu podłogi… wydech… tekst na bloga ostatnio był tydzień temu….recenzja do napisania, zmontować audycję…”

Wizja siedemnastej trzydzieści na dokładkę. Nie no, dziś to naprawdę nie dam rady, naprawdę brak snu, niewiele dzisiaj z siebie mogę dać. Trzeba zrezygnować z czegoś, nie można redakcji, rowerów, radia i tych innych, nie rozciągnę doby.

I wtedy wpinam buty w pedały.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (2)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *