Jedzenie to nie matematyka

Wspominałam już o kaloriach w perspektywie zajęć Indoor Cycling: ile można ich spalić i czy takie wyliczenia w ogóle mają sens. Dziś dwa zdania o liczeniu kalorii na co dzień, podczas jedzenia.

Jeśli szama jest dla Ciebie spożywaniem kalorii – szczerze współczuję i życzę powodzenia. Sprowadzanie przygotowywania posiłków do wkładania ich na wagę i odmierzania tego, ile można zjeść, musi być niesłychanie smutne. I to jedzenie tylko niskokalorycznych rzeczy… Domyślam się, że odczuwasz sytość cały dzień i nie chodzisz głodny.

Walka o mniejsze spodnie najczęściej wiąże się z tworzeniem ujemnego bilansu kalorycznego, czyli zadbania, by więcej kalorii spalać niż zjadać. Wielu dietetyków idzie na łatwiznę i po obliczeniu zapotrzebowania pacjenta, podsuwa mu pod nos dietę 1000, 1500 czy 1800 kcal, roztaczając wizję rychłego schudnięcia. Jeśli chce się podopiecznemu takiego specjalisty uprawiać matematykę, to jest szansa, że na chwilę pozbędzie się kilogramów. Jest to do pewnego stopnia wygodne, daje coś na kształt kontroli i może wpływać równie ciekawie na głowę co cyfry na wadze i miarze (które podawać zupełnie odmienne informacje, o czym kiedyś). Ja dietetykiem nie jestem, ale znam wielu, którzy od takiego podejścia odchodzą i cieszy mnie to bardzo, że ktoś ma ludzkie spojrzenie na ludzki organizm.

Od dawna obstaję przy tym, że ważniejsza od kalorii jest gęstość odżywcza jedzenia. Co powiesz o orzechach? Nie zjesz, bo kaloryczne? Świetnie, tyle że zjedzenie w to miejsce niskokalorycznego wafla ryżowego skończy się tym, że pod koniec dnia nie będziesz mieć chęci do życia z powodu braku energii. Wszystko, co bardziej tłuste, ma więcej kalorii, ale porządnie syci i w dłuższej perspektywie oznacza, że zjesz mniej.

Liczenie kalorii w jedzeniu oddziałuje również na głowę: jeżeli jesteś zupełnie pewien, że Twój stan psychiczny jest ustabilizowany jak poziom cukru we krwi na niskowęglowej diecie, dalej zwracaj uwagę, czy nie zjadłeś o 5 kalorii więcej niż zapotrzebowałeś. Kiedy jednak samokoncept masz akurat blisko podłogi, to dla swojego dobra… odpuść sobie te skomplikowane działania. Szybko wpadniesz w obsesję, która nie pozwoli normalnie cieszyć się jedzeniem, a zmusi do odejmowania coraz więcej od dziennego zapotrzebowania. Nie mówiąc już o tym, że będziesz zadziwiał znajomych, którzy na widok Twojego zachowania wyciągną smartfony z kieszeni i będą googlować „jak leczyć ortoreksję?”.

Uwaga również na „uzupełnianie kalorii”. Nie warto popadać w drugą skrajność i zbytnio obawiać się o to, że po treningu zabraknie mocy, jeśli szybko nie zje się pizzy. Zwykle nie potrzeba solidnego doładowania, jeśli ma się za sobą godzinny trening. Zamiast zwiększać objętość posiłku, lepiej zadbać o jego wartość odżywczą. Jeśli raz wypracujesz sobie postawę ponadprogramowego uzupełniania kalorii albo myślenia „ćwiczyłem, to mogę zjeść więcej”, później może być trudno z tym zerwać. Takie nastawienie prędko kończy się wewnętrznym przyzwoleniem na zjedzenie badziewia (choć smacznego), „bo można”. Tak, można… zaprzepaścić trening. Możecie mi wierzyć na słowo, że wiem, o czym mówię. Na szczęście obecnie wyjątek od racjonalnego uzupełniania paliwa po treningu robię tylko w przypadku wysiłku przekraczającego (z reguły dystansem lub czasem trwania) przeciętne. Po przebiegnięciu półmaratonu, czyli mojego ulubionego dystansu (zaraz po dyszce, która obojętnie, czy rekreacyjna czy wyczynowa, daje wiele satysfakcji) zwykle mogę liczyć na -2000kcal i rozpieszczam się czymś w granicach rozsądku (ładnie to wszystko brzmi, ale tak naprawdę… jak ktoś nie wie, jak wygląda odkurzanie lodówki, chętnie wpadnę po biegu zaprezentować).

Dwa zdania do zapamiętania:

1.  Wartość odżywcza jest ważniejsza od liczby kalorii.

2. Skomplikowane obliczenia zostaw tym, którzy przygotowują się do zawodów sylwetkowych albo mają w perspektywie trudne starty.

Poniżej jeden z moich ulubionych filmików. Ciekawe spojrzenie na sprawę: jeśli spożywasz kalorie z dobrych źródeł, organizm pozbędzie się ich nadmiaru. Jeśli są to śmieci, odłożą się w boczkach. A raczej… zapchasz zlew. Enjoy!

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (4)

  1. Całkowicie się pod tym podpisuję;). Jak byłam dzieciakiem nie raz padałam ofiarą liczenia kalorii. Do pewnych rzeczy trzeba dorosnąć. Należy również pamiętać, że kaloria kalorii nierówna. Wymienione wyżej orzechy mają może ich dużo ale za to są bogate w magnez, fosfor (usprawniający pracę mózgu), cynk, żelazo. Podobno już 3 orzechy pokrywają dzienne zapotrzebowanie na kwasy omega-3. Oczywiście zawierają też dużą ilość błonnika. Nikt nie każe jeść odrazu całego worka:) Kilka dziennie a wciąż będą „spadki na masie”:). Przyglądając się etykietom produktów zwracajmy uwagę nie tylko na węglowodany ale również na węglowodany nieprzyswajalne (czyli błonnik). Chyba nie muszę pisać co robi z nim nasz organizm skoro go nie przyswaja?:) To automaycznie obniża kaloryczność produktu.

    1. „Nikt nie każe jeść od razu całego worka” –> to jest właśnie świetne w orzechach: sycą na tyle, że naprawdę nie ma ochoty się wciągać nadmiernej ilości. Dobrze, że wspomniałaś o błonniku, to jest dopiero bohater. Jednego z następnych tekstów pewnie też. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *