Każda roku pora jest dobra na Indoora

Lampę włączam wcześniej niż dotąd, woda z prysznicowej słuchawki ma grzać, a nie dawać ochłodę. Klamka hamulca przytrzymywana dłonią zbyt długo nasila dreszcze na całym ciele. Coraz rzadziej budzę się przestraszona, że znów wbiegłam do T1, a tam nie ma roweru, albo że przebieram się o godzinę za długo.

Jesień, Panie. I Panowie.

Nie wyróżniam się zanadto. Żyję sobie  z pracą, pasją i ego na zdrowym poziomie, nie karmiąc się już wyobrażeniami o własnej nieprzeciętności, która przecież ma się pokazywać w czynach, a nie w mrzonkach.  Jeśli jednak miałabym wskazać na jedną rzecz, która nadaje mi trochę wyjątkowości, to uwielbienie, którym darzę jesień. A czymś, co pomaga mi jeszcze bardziej się nią ekscytować, jest Indoor Cycling. To świetna pora dla tych zajęć.

Wiesz, jaka jest typowa polska jesień. Wcale nie złota. Wyprawa do pracy na rowerze staje się nagle wyprawą życia. Poziom „wyjściowości” tego, co włożę, schodzi na dalszy plan. Grunt, żeby jak najmniej człowieka przepizgało. Z wiatrem przegrywa nawet waga ciężka połączenia masy mego ciała i miejskiego roweru, nie mówiąc już o akrobacjach na kolarzówce – najsilniejsze mięśnie brzucha nie mają tu nic do powiedzenia w sprawie równowagi. Po takiej przeprawie wieczorne usadowienie tyłka na stacjonarnym rowerze jest jak rosół w minus dwadzieścia, jak druga para rękawiczek z najmilszej wełny. Najpóźniej po pierwszym podjeździe ciało wypełnia przyjemna fala ciepła, krew krąży szybciej, uszy czasem przyschną od zbyt głośnego bitu. Tu chce się zostać.

ZIMA

Matko, jak się nie chce. Zdjąć kurtkę, szal, czapkę, rozepchać nimi rękaw kurtki, rozwiązać wysokie kozaki… Ściągnąć podkoszulkę, z której drwiło się w gimnazjum, przyodziać top, sportowy t-shirt… Ile to trwa… Kąpiel po zajęciach, a potem wszystkie czynności ubraniowe: powtórz! Czasem, gdy podejmiesz decyzję nie do końca świadomie, lądujesz w klubie rano, czyli jeszcze w nocy. Wkurza dobry humor pań w recepcji i instruktora. Kołdra była taka ciepła.

Wstań. Bo nawet po zajęciach porannych w lato nie będziesz  z siebie tak dumna jak z dobrowolnej pobudki zimowej.

WIOSNA

To wtedy sala pełna jest tych, którzy zorientowali się, że to już ostatni dzwonek, by rozpocząć „Projekt plaża”. Najlepszą oznaką wiosny jest fakt, że kiedy wychodzisz z zajęć, wciąż jest jasno. I że możesz nie przebierać się po zajęciach, tylko straszyć potem w najbliższej okolicy połączeniem eleganckiej torby i rowerowych leginsów. Jest ciepło nie tylko po pierwszym podjeździe, ale i wtedy gdy wracasz do domu tulić swojego zwierza.

LATO

Choć lato to sezon ogórkowy dla fitnessu, nawet w wakacje z radością wraca się do studia IC. Kiedy na dworze roztapiasz jak się jak malinowy sorbet, to właśnie te zimne cztery ściany, mimo wysiłku, dają ogromna ulgę. Będąc hardkorowcem liczysz w głębi ducha, że instruktor zapomni włączyć klimatyzacji.   I choć wielu nad zajęcia przekłada wiatr we włosach podczas wyprawy na szosie, zabawa w rytmie wciąż o sobie przypomina.

Za chwilę będzie kolejne lato. Kto jesienią i zimą nie zaniedbuje aktywności fizycznej, pojęcia „Projekt plaża” nie używa w ogóle. Zapraszam.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (2)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *