Kolejna śmierć na zawodach. Co masz o tym myśleć?

 


Rok 2013, 6 października. 37- letni mężczyzna umiera podczas Biegnij Warszawo.

Rok 2014, 17 sierpnia. 27-letni zawodnik triahlonu w Pile traci siły na etapie kolarskim. Umiera.

Rok 2015, 25 lipca. Waldemar Radecki, lat 43, umiera w szpitalu po przewiezieniu go z miejsca startu Poznań Triathlon.


To jedne z niewielu informacji z mediów, na wieść których zatrzymuję się na chwilę. Pewnie najbardziej uderza mnie ten kontrast między panującą na takich imprezach atmosferą radości, podekscytowania i zdrowia, a przykrym – dla niektórych tragicznym – wydarzeniem. Takie wiadomości smucą mnie podwójnie, bo kilka razy w roku przebywam w otoczeniu tak pozytywnie zakręconych ludzi, którzy zamiast w niedzielę posiedzieć na kanapie, chcą się poruszać i czasem jadą przez pół Polski, by to zrobić na ulubionej imprezie. Tak, w tym zwykle nie ma większej filozofii.

A tym samym nie ma myślenia o regularnych badaniach. Ale nie mam zamiaru podnosić teraz larum, że badania powinny być obowiązkowe. Jednym przepisem nie zmieni się mentalności społeczeństwa.

Dla mediów przypadek z soboty to po prostu kolejna śmierć, dzięki której wzrosną wskaźniki oglądalności i która się dobrze wyklika w wydaniu internetowym. Można ją podrasować i pokolorować – sprzyjają temu okoliczności, w końcu to masowa impreza. Sprzeda się to tak samo, jak śmierć na Woodstocku w 2014 roku.

Umieranie to codzienność – po prostu za niektóre przypadki bierze się telewizja i Internet. Na szczęście każdy sam może zdecydować, jak przefiltruje serwowane informacje. Media chcą sprawić, że ujawnią się głęboko ukryte w nas stereotypy. Kiedy usłyszysz, że umarł ktoś na festiwalu, masz pomyśleć, że na pewno ćpał. Prezenter z tv podsunie Ci taką myśl, sprawnie wplatając, że policja sprawdza, czy zmarły nie był pod wpływem narkotyków (ale o tym, że sprawdzane jest, czy nie miał żadnej przewlekłej choroby, już nie wspomni). Owszem, może się okazać, że festiwalowicz zniszczył się w tak niegodny sposób. Pamiętajmy jednak, że pozostała część publiczności – licząca kilka setek tysięcy ludzi – wróci do domu szczęśliwie i daleko jej do autodestrukcji.

Kiedy w trakcie zorganizowanego biegu czy triathlonu umrze zawodnik, telewizyjne przekazy zasieją w Tobie ziarno niepokoju i myśl, że ofiara była nieprzygotowanym grubasem, którego serce nie wytrzymało. Mogą spekulować, czy to bezmyślność startującego, czy może bardziej niezdarność ekipy ratunkowej. Potem każą powiązać takie ryzyko z daną dyscypliną i sprawić, że będziesz się bać. Nie wspomną przecież, że tysiące biegaczy i triathlonistów z uśmiechem na twarzy wstawią selfie z medalami na fejsa. To zbyt pozytywne. Czyli się nie sprzeda.

Nie da się ukryć – to jest problem.  Z braku laku również i news dnia dla telewizji informacyjnej – dopóki nie dotrą do miejsca, gdzie jeszcze bardziej polała się krew.

Co możesz zrobić Ty, biegacz czy triathlonista? Nie karmić się nagłośnionymi przypadkami. Przystanąć na chwilę i… zwiększyć dystans. Po pierwsze do tego, co mówią w czarnym pudle. Po drugie ten, który masz w nogach – o kilometry do szpitala, w którym sprawdzisz, jak ma się Twój organizm.

Źródło zdjęcia: klik

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (4)

  1. Z tego płynie jeszcze wniosek, żeby nie tyrać się nadmiernie i słuchać ciała, czego ono chce, a nie tylko czego chce nasz rozbujany ambitny umysł zwycięzcy i człowieka sukcesu:]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *