Kończy się luty, a tu nadal się chce

 

Kiedy jest najlepszy czas, by podsumowywać postanowienia noworoczne? Jeśli udane, to prawdopodobnie w grudniu…? A czy można już po dwóch pierwszych miesiącach roku uznać, że wytrwamy do ostatnich tygodni roku? Trochę śmiałe założenie, ale mam straszne na nie chęć!

Właśnie tak chcę zakończyć luty – odważnym stwierdzeniem, że zmiany zostały wprowadzone, jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Że postanowienia to nie tylko epizod, ale scenariusz na dłużej. Chcę podsumować kilka minionych tygodni tutaj, napisać dla przyjemności, choć oczy już ledwo widzą, a łydki, po trzech godzinach jazdy, marzą już tylko o materacu. Zatem – nim skonam – do rzeczy!

 Pozytywne rzeczy z początku 2018

Przestałam dramatyzować. Częściej mówię: „No, trudno…” i zabieram się za kolejną rzecz do zrobienia, zgodnie z zasadą, że złość (i stres) piękności (i zdrowiu) szkodzi. Bardzo bym poleciła to rozwiązanie, ale sama dramatyzowałam kilkanaście miesięcy, więc nie czuję się ani trochę kompetentna, by komukolwiek mówić, by się wziął w garść, skoro teraz w najlepsze tkwi w użalaniu się nad sobą. Kiedyś przychodzi ten magiczny moment, w którym uznaje się swoje zachowanie za lekko niesmaczne, otrzepuje tyłek i przestaje stękać. 

Och, wiem,  stereotypowych Polaków nigdy ten moment nie spotka, ale my nie jesteśmy stereotypowymi Polakami. No, to polej.

***

Spędziłam u lekarzy więcej czasu niż przez ostatnie lata. Choć nie brzmi to do końca optymistycznie, to w gruncie rzeczy widzę w tym wiele jasnych stron, jak choćby zwyczajne… wydoroślenie. Dobra, nazwijcie to starością, no problem! W każdym razie od kilku tygodni wiem, co to prawdziwa motywacja, ale o tym trzeba napisać oddzielny tekst… Znając moją mobilizację do pisania, pojawi się on jakoś w maju, hehe.

***

Kwadrans po zrobieniu tytułowego zdjęcia do tego tekstu widziałam kąpiel morsów w morzu, a w zasadzie całą otoczkę z tym związaną. Rozgrzewkę, chuchanie, śmiechy i piski wśród fal. Słońce, którego promienie miały zaskakujące ciepłe oddziaływanie jak na -15 stopni mrozu aż zachęcało do tego, by następnym razem nie być tylko biernym obserwatorem. Przepozytywne wydarzenie!

***

Na razie jednak wybieram zadaszone formy aktywności i wreszcie, po latach obiecywania sobie, regularnie (co najmniej dwa razy w tygodniu) staję się joginką na poziomie poniżej basic. Cóż mogę powiedzieć – dla chwilami zajechanego ciała jest to doskonała odskocznia. I choć na kiepskie krążenie krwi nie narzekam, to jednak nietypowe jak dotąd pozycje świetnie mobilizują moje, powiedzmy trochę nad wyraz, mięśnie. Pomijając incydent, kiedy dwa dni musiałam się smarować bengajem, bo coś mi w plecach jebło… ale to zostaje między nami. No, nie każdy będzie od razu wielbłądem. A w ćwiczeniach, chcąc od razu za dużo, można być co najwyżej matołem, czego zdołałam doświadczyć w swojej jeszcze nie tak długiej, acz intensywnej karierze podłogowo-youtubowej. Tak że nie myślcie sobie, że ci instruktorzy to jakoś specjalnie mądrzejsi są…

Na szczęście mojego przekozaczenia nie widziała Małgosia Mostowska, którą gorąco polecam do tego typu domowych akrobacji.

***

Innej krzywdy udało mi się sobie nie zrobić. Pewnie dlatego że wciąż odwlekam wybranie się na ściankę wspinaczkową, do parku trampolin i innych miejsc, w których mogę zachować się jak pies spuszczony ze smyczy. Tylko resztki rozumu sprawiły, że nie dołączyłam do wyżej wspomnianych morsów, to takie stare ciągoty z biegania i koncertów – czym prędzej dołączać do rozchachanych grup ludzi!

***

Dobra, już dobra, idę. Tekst nie ma puenty, ale pedałowałam 180 minut i żadna puenta mi się tu nie będzie panoszyć.

Udanego marcowania, chciałoby się rzec, ale czy pan Leśmian by się w grobie nie przewrócił?

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *