Lament przed tri

 

Dobrze jest poleżeć w łóżku w czwartkowe przedpołudnie z laptopem na kolanach. Mieć na wyciągnięcie ręki swoją biało-niebieską strzałę, a w zasięgu wzroku półkę z medalami. Widzieć strój startowy na wieszaku, a na fejsbuku czesanie dna Brdy.

Szkoda, że leżenie odbywa się w towarzystwie termometru, który uparcie nie chce pokazać więcej niż 35.5. I kapusty kiszonej, bo przecież nie gripexu.

Wszelkie smędzenie, jak to bardzo człowiek nie jest przygotowany do startu kończy się w momencie, kiedy tydzień przed nim przypałęta się do niego jakieś paskudne gówno. Oczywiście, zgodnie z prawem Murphy’ego, cały rok można być robocopem, a rozłożyć się akurat w tygodniu poprzedzającym pokonanie ponad 55 km. Pozostaje jeszcze myśleć, że Organizm bardzo chce mi pokazać, że w tym roku się nie nadaję. Ale takie pozytywne myślenie na pewno nie leczy.

Łatwiej jest na osłabieniu pokonać ten dystans, czy schować ambicję i po prostu pokibicować? Prawdopodobnie dla głowy mniej problematyczne jest to pierwsze. Dojrzalsze – to drugie. Bo to nie dycha, żeby sobie ją walnąć na przeziębieniu. Ambicja leży i smarka, głowa myśli, czy jest sens montować hamulec na tylne koło.  

Najłatwiej iść spać.

 

 

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *