Liczba godzin a profesjonalizm instruktora

 

Czy to, że instruktor prowadzi wiele zajęć w tygodniu, świadczy o jego profesjonalizmie? Analogicznie: mało godzin równa się amatorstwu?

Być może niektórych zaskoczą te pytania. Podobnie było ze mną, gdy usłyszałam teorię, jakby liczba godzin przesądzała o czymkolwiek związanym z kompetencjami. Uwielbiam polemizować ze stwierdzeniami z fitnessowego światka, więc pokuszę się o krótki komentarz.

Kilka miesięcy temu zrezygnowałam z kilku godzin w tygodniu i według powyższej teorii, jestem postrzegana jako mniej kompetentna. Dziwne to rozumowanie, przyznajcie. Ale rozumiem, z czego mogło się wziąć. Kiedy jest się początkującym instruktorem, najczęściej nie dostaje się całego tygodnia, tylko rozpędza swoje instruktorstwo powoli, a więc i godzin jest mniej. I to jest chyba jedyna przesłanka, która pozwala na – tak czy siak – generalizację.

Nie nam to oceniać

Nie uważam, że duża liczba godzin w tygodniu jest wyznacznikiem czegokolwiek. Może być dowodem profesjonalizmu i zainteresowania godzinami tego instruktora, a może po prostu być informacją o tym, że to jego praca na pełen etat. W końcu, może dawać znać o jego zmęczeniu i wypaleniu. A co, jeśli klub woli dać więcej zajęć instruktorowi o niższych uprawnieniach, bo będzie miał on mniejsze podstawy do ubiegania się o podwyżkę? Środowisko generowało kiedyś takie ploteczki. Czy tutaj liczba godzin będzie świadczyć o profesjonalizmie, z którego tak się nawzajem rozliczamy?

Moja rezygnacja z części godzin kilka miesięcy temu, choć mnie zbytnio nie uszczęśliwiła i była trochę związana z okolicznościami zewnętrznymi, na pewno poprawiła jakość pozostałych godzin. Przede wszystkim sprawiła, że znowu siadałam na rower wypoczęta i z ciarkami po pierwszych beat’ach (Beatach 😃). Tak, tak, wiem, instruktor nie musi się zajeżdżać i może schodzić z roweru, a dzięki temu być zregenerowanym i napierdalać dziesięć godzin w tygodniu.

No fajnie, tylko prowadzenie zajęć z podłogi dłużej niż 5 minut w ciągu jednej lekcji średnio mnie jara, a po drugie: istnieje coś takiego jak zmęczenie psychiczne, a nie tylko zajechane łydy. Nie wiem, czy ktoś poza mną czuł różnicę w jakości zajęć, ale… mam przeczucie, że w tym przypadku działa to podobnie jak „szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko”. Szczęśliwy instruktor – zadowoleni klienci.

Może różnie definiujemy to słowo

Nie każdy zostanie doprowadzony to takiej sytuacji albo po kilku latach poczuje impuls do zmian. Nie każdy zrozumie rezygnację z wynagrodzenia. To kwestia osobista. Tak samo nie wiemy, dlaczego wykwalifikowany instruktor ma tylko jedną godzinę w tygodniu – czy na pewno dlatego, że nie dostał ich więcej? A może ma inne sprawy na głowie i nawet jakby bardzo chciał jeździć, to aktualnie jego kompetencje się kurzą, bo na salę mu nie po drodze. Dajmy ludziom mieć własne priorytety, na dodatkowych dochodach, zajęciach i pasjach nie kończy się świat.

Możesz być tak samo profesjonalny, mając jedną, jak i pięć godzin w tygodniu. Tu bardziej chodzi o etap „kariery” i życia, na jakim jest prowadzący, niż stricte o liczbę zajęć. Wyjeżdżone godziny i praktyka robią swoje, ale ich nadmiar może się skończyć inaczej niż prowadzący oczekuje. Zostawiam innym przyklejanie łatek, sama ciesząc się ze swoich trafionych decyzji. I grafiku.

 

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (2)

  1. Jest dla mnie bardzo ważne, aby instruktor jechał razem z nami i to się czuje. Powinien być taki primus inter pares (łac. „pierwszy wśród równych sobie”).

    1. Instruktor chyba też lepiej wyczuje, jaki trening zaoferował, jeśli sam go przejedzie. :) Oczywiście przy ogromnej liczbie godzin wysoka intensywność na dłuższą metę nie wchodzi w grę, ale trzeba wtedy znaleźć złoty środek. A jak to zrobimy, to już na naszej głowie. Albo w nogach i płucach. ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *