Moje pierwsze zajęcia indoor cycling

 

Swoje pierwsze zajęcia rowerowe z perspektywy klienta mogłabym opisać jednym słowem: basen.

Na ówczesnym etapie życia (a było to lat temu siedem) bardzo ceniłam sobie treningi, podczas których można było solidnie dać sobie w kość. A w zasadzie w mięśnie. Głównie mięsień sercowy  – uwielbiałam wysokie tętno, charakterystyczne charczenie w płucach i stan po wycisku zatytułowany „Nie wiem w sumie, po co to robię, ale jest bosko”. Choć już wtedy wiedziałam, że koszulka gotowa do wyżymania niekoniecznie oznacza miliard spalonych kalorii, wciąż szanowałam treningi, które właśnie taką potliwość mi zapewniały…

Cóż. Różne są zboczenia.

Spin, jak popularnie się mówiło na te zajęcia (a może i wciąż mówi, tylko ja odwykłam), właśnie dlatego zdobył moje serce – przemoczył mnie prawie tak mocno, jak całkiem niedawno bajorko na Terenowej Masakrze. Bluzka do wyżymania, burak na twarzy i nogi niezdatne do czegokolwiek: dla przeciętnego człowieka nie brzmi to na pewno zbyt zachęcająco, ale ja wtedy chciałam wszystkiego więcej i mocniej. I taki niepozorny rower to właśnie zapewnia.

Ale wtedy byłam sobie spokojnym klientem, któremu obce jeszcze było zsynchronizowanie takich funkcji organizmu jak pedałowanie i krzyk, pedałowanie i patrzenie na wszystkich wokół albo pedałowanie i uświadamianie sobie, że przecież ten kolejny utwór ma nie taką kadencję jak powinien/chciałam i o japierdolęjakiejajeszczemamkawałki, żeby za 3 minuty ich użyć?!??!

Później weszłam na tę samą salę, na której kiedyś „wpadłam do basenu” i zaczęła się życiowa przygoda, która trwa do dziś.

MÓJ PIERWSZY INDOOR CYCLING W ROLI INSTRUKTORA

 

Wtedy, w pięćdziesiątym ósmym…

A tak na poważnie: człowiek nie wiadomo co sobie wyobraża, a potem mija określony czas i jest po wszystkim. Czyli mało to się różni od innych pierwszych razów.

U mnie, jak zwykle w takich przypadkach, najtrudniejsze było zmierzenie się z tymi klasycznymi obawami, ile rzeczy może pójść nie tak przy debiucie. Trzeba temu stawić czoła: może się popsuć sprzęt, możesz nie wejść dobrze w tempo, wreszcie źle odliczyć albo spodnie mogą pęknąć na tyłku (trochę hardkor, ale można to jakoś ograć). Ostatecznie żadna z tych rzeczy się nie wydarzyła i Tobie prawdopodobnie też się nie wydarzy.

To był dzień jak co dzień: jedni szli do pracy, inni spełnić marzenie. Nie uraczę nikogo romantycznymi opisami sytuacji z czwartkowego, wrześniowego poranka – nawet ze świetnymi umiejętnościami pisarskimi nie bawiłabym się w eufemistyczne określenia zwyczajnego siedzenia na kiblu ze stresu. Trener kosza zawsze mówił, że to sraczka przedstartowa. W końcu udało mi się wyjść z domu, a w autobusie pozostawało snuć nadzieję, że pewnie nikt nie przyjdzie. Bo Trener IC tak mówił o swoich początkach:

Modliłem się na początku, żeby nikt nie przychodził, a jak ludzie wchodzili na salę, to myślałem tylko: O chuuuj…

Dokładnie to samo przyszło mi pomyśleć podczas swoich pierwszych zajęć jako instruktor, na które zjawiło się sześć kobiet, z czego większość była pierwszy raz. Teraz na pewno cieszyłabym się podwójnie, że zajęcia miały odpowiednią frekwencję, bo inaczej musiałabym przeżywać to wszystko do kolejnego terminu. Tyle razy wyobrażałam sobie tę chwilę, że chyba nawet dość gładko weszłam w temat. Spędziłam tygodnie jeżdżąc „do lustra”, przygotowując muzykę i licząc na to, że kiedyś będę to mogła wykorzystać w praktyce. Myślę, że dzięki temu organizm zdołał się do tego przygotować i nie fundować mi innych niespodzianek niż jedno toaletowe posiedzenie…

To była mieszanka tak wielu emocji, że w tej chwili nie jestem już w stanie opisać wszystkich. Po zajęciach prawdopodobnie wyszłam z sali krokiem wskazujący na spożycie, a potem usłyszałam pod prysznicem rozmowę, że było fajnie. Na drugi dzień jeździłam wieczorem i to był chyba jeszcze większy stresik, bo jednak wieczorami często jest większe obłożenie.

A dwa miesiące później byłam jedną z prowadzących maraton dla całej Bydgoszczy, więc i obłożenie sali przestało mieć większe znaczenie. Odniesienie do basenu wciąż aktualne – na głęboką wodę, hop…

JUTRO PIERWSZE ZAJĘCIA: CO ROBIĆ?!

 

Dobrze się nastawić, uśmiechać, osłuchać z muzyką, rozpisać sobie profil trasy (albo i dwa) i przygotować coś awaryjnego. Po co awaryjnego? Może się okazać, że na zajęcia przyjdą same osoby początkujące, więc niekoniecznie pojedzie się 110 RPM. Albo, na przykład, sprzęt zawiedzie, a wtedy warto wiedzieć, czy jest jakaś szansa na uratowanie zajęć. Choć mój szkoleniowiec mówił, że dobry instruktor nawet na drzwiach od stodoły zajęcia poprowadzi, to przed pierwszą lekcją nikt nie ma podstaw (a przynajmniej nie powinien…) myśleć, że jest dobrym instruktorem i lepiej nie musieć improwizować na wyżej wspomnianych drzwiach.

W znakomitej większości przypadków wszystko pójdzie dobrze, a początkowe stresy pójdą w zapomnienie, gdy adrenalina popchnie do działania. Pośród tych emocji godzina jazdy upływa w zawrotnym tempie! Pocieszające jest to, że jeśli pomylisz się w czymkolwiek związanym z instruktorskim warsztatem, prawdopodobnie żaden z uczestników się nie zorientuje.

Trzymam kciuki, powodzenia!

Ten blog żyje interakcją. Dotrwałaś/dotrwałeś do tego miejsca? Podziel się proszę swoimi wrażeniami z pierwszych zajęć. :)
Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (4)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *