Moje ulubione grzeszki żywieniowe

 

Stwierdzenie, że uprawiam sport tylko po to, by móc więcej jeść, nie byłoby do końca prawdą, ale możliwość pofolgowania sobie przez dwa dni po wymagającym starcie zawsze powoduje uśmiech na mojej twarzy i – okazyjnie – rozstrój żołądka. Nagle pierwszy wers piosenki Arctic Monkeys „I wanna be yours” nabiera innego znaczenia!

Dietetycy o słabszych nerwach i osoby na diecie proszone są o opuszczenie strony.

NORTH FISH

To była poznańska tradycja. Po półmaratonach i maratonie szło się do Malty i wsuwało rybę okraszoną szpinakiem. Co tu grzesznego? Nie byłoby prawie nic, gdyby nie to, że na ziemniaczkach lądowała kupa sosu czosnkowego. Ten smak kojarzy mi się z biegowymi kilometrami i na pewno jeszcze nie raz na końcu kolejki będę obawiać się, czy przy samej kasie jest wystarczająca ilość białego sosu.

BURGER

To stało się nagle. Siedziałam spokojnie w pracy w potriathlonowy poniedziałek i myślałam, czym by tu uraczyć mój Organizmi, żeby był usytasy po takim wysiłku  (nie zadowoliło go pół kilograma czereśni na drugie śniadanie). Żadna myśl nie poruszała specjalnie moich ślinianek, do momentu, kiedy pojawiła się tłusta mrzonka o mięsku. W bułce. No to, gdyby nie etat, mogłabym rzec, że byłam w domu.

Nie wiem, jak w Waszych wielkich miastach, ale w Bydgoszczy burgerownie popularne są dopiero od niedawna (dopóki śmierć głodowa mi nie grozi, nie zjem czisa w Maku). W poniedziałek wylądowałam w sprawdzonej miejscówce. Za kilkanaście złotych kupiłam mięso z dobrego źródła w chrupięcej bule, a w pakiecie miałam sos lecący na dłonie i brodę – dzięki temu wyglądałam jak na prawdziwą damę w 1/4 z żelaza przystało. Jeśli kiedykolwiek zastanawiałam się, kiedy kobieta przestaje być pociągająca, to już wiem! Ale Organizm mówi, ten smak był wart nawet spania na kanapie.

burger

Burger ma też w sobie coś zielonego (jeśli jest to mięso, niezwłocznie się go pozbądź) i trudno mi jego spożycie traktować jako piąty grzech główny, ale jeśli dołożymy na to…

LODY

to robi się już nieco ciężkawo. Najlepiej smakują te w czekoladzie i z migałami, a jak niechący znajdzie się tam jakiś sos, to i sos pochłonę! Cóż, na co dzień nie przejmuję się za bardzo kaloriami, a co dopiero po takim długim dystansie. I zapominam, co takie pyszności mają w składzie. W wyjątkowych sytuacjach polecam to samo każdemu.

BROWNIE

Ostatnią, ale wcale nie najmniej ważnym ulepszaczem postartowych dni jest czekoladowe ciasto. Rączki, w przeciwieństwie do nóg, zwykle nie odmawiają posłuszeństwa po zawodach, ale i tak wolę zapłacić komuś, żeby mi upichcił coś dobrego, niż sama stać i zajmować głowę spekulacjami, czy brownie wyjdzie mi takie, jakie lubię. Zimne, o doskonałej konsystencji, idealnie czekoladowe brownie nie powinno zostać pominięte ani przez klawiaturę, ani przez podniebienie.

 

Zdrowo po kilometrach na rowerze… :D Idealne popołudnie. #brownie #foodporn #frappe #afterbike

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Agata Muszyńska (@agatamusz)

No dobra, to się zwierzyłam fest! Wiem, że super się odżywiacie, ale może zdarza się, że jednak zbaczacie z dobrej drogi i… z użyciem jakich pyszności?

***
Autorzy zdjęć: 1. Alexis Lamster, 2. Arne List.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (9)

  1. Dietetycy o słabszych nerwach i osoby na diecie? Opuszczam stronę dwa razy :P Najbardziej brakuje mi prawdziwej włoskiej kuchni. Makaron pod każdą postacią:( Staram sobie wmówić, że pokrojony i podgotowany por czy cukinia polana sosem pomidorowym to spaghetti bolognese ale nie mam niestety aż takiej wyobraźni:( Poza tym czekolada- po prostu- kostka, tabliczka, kilogram czy osiem :). No i oczywiście prawdziwy advocat mojego ojca, w którym jest 20 jajek, kostka masła, wanilia i jakieś sto kilogramów cukru :P ehh

    1. Znasz coś takiego jak kostka czekolady? Szczęściara… :) U mnie chyba nie ma czegoś takiego. Dlatego lepiej nie zaczynać. A jeśli chodzi o advocat, to chyba jest marzeniem wielu kobiet podczas PMS!

  2. O czekoladzie nie będę się nawet wypowiadać, bo jak otworzę, to wciągam całość, jak batonika. Do domu nawet nie kupuję, bo od razu do mnie woła z szafki. Z większą żarłocznością rzucam się na bezy – kocham miłością wprost nieskończoną. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *