Moment, w którym już nic nie musisz

Zdjęcie przedstawia dłoń trzymającą długopis i wykreślającą zadania do zrobienia

 

To brzmi jak scena końcowa ze wspaniałej powieści drogi. Bohater dotarł do celu i odtąd już niczego nie musi robić, ostatnia strona przykrywa szelestem jego przygodę.

Tylko, że życie tak nie wygląda. A w każdym razie życzę sobie, by tak nie było. Nigdy nie chciałabym trafić do punktu, w którym stwierdzę, że nic nie muszę.

Mojemu pokoleniu raczej to nie grozi. Wielu jego przedstawicieli, wyrosłych w poczuciu władzy nad życiem i wizji nieskończonych możliwości, umrze nieusatysfakcjonowanymi. Ale wciąż znajdzie się grupa takich, którzy wyobrażają sobie błogie lenistwo po zaliczeniu wymarzonej liczby na koncie lub wadze. W końcu wtedy nie będą już musieli wstawać do pracy, pilnować diety, uczyć się… Staną na szczycie góry, rozłożą ręce w pozie freedom i tak zastygną.

No nie, bo to będzie tylko moment, a co dalej z życiem?

Osiąganie celów to jeden z najbardziej intensywnych smaków żywota, niemniej ja jaram się bardziej drogą i tym, że zawsze jest coś do zrobienia. W starym temacie albo do nowego. Scenariusz niemuszenia postrzegam jako smutny początek końca albo pułapka.

Idźmy w banalne przykłady.

Początek końca

Koniec z dietą i ćwiczeniami! – krzyczy na memie panna młoda, rzucając w ślubnym podnieceniu welonem. Jej mąż też dość prędko stwierdza, że zaklepane, a garnitur z tego ważnego dnia i tak założy dopiero na jakiś pogrzeb. Czas dla związku to przeżytek, ważniejsze są codzienne sprawy. Po latach patrzą na siebie nawzajem i na siebie w lustrze zdziwieni, co tu się wydarzyło. A raczej co się nie wydarzyło, bo tak bardzo nie musieli. Mąż i żona są w końcu dani raz na zawsze.

Pani Hania też już nie musi, odkąd zrobiła sobie zdjęcie, jak wchodzi w jedną nogawkę swoich starych spodni. Zrzucone czterdzieści kilogramów zebrało owacje realne i wirtualne, druga młodość weszła do mieszkania i panoszy się wśród rzeczy o niższej rozmiarówce. Pani Hania już w ogóle nie musi, dzięki czemu dwadzieścia kilogramów wraca tak szybko, jakby tylko na moment schowało się w szafie. Czy nie miało być zabrane raz na zawsze…?

Pan Roman prowadzi zajęcia fitness (i choć trudno to sobie wyobrazić, to ogolony i umięśniony pan Roman) i to jego jedyna, największa pasja. Certyfikat szkoleniowy wisi na ścianie niczym grono jego klientów na taśmach TRX, tyle że klienci się zmieniają, a dyplom pozostaje sam jeden. Pełna sala na zajęciach to sukces, pan Roman już nic nie musi. Kto by tu inwestował w siebie, przecież pasja, klienci i endorfiny to coś dane raz na zawsze.

 

Przestań być wygodny i chciej musieć

Książki rozwojowe piorą mózgi poradą: Zamień „muszę/powinienem” na „chcę”. Och, cóż za wspaniała zabawa: Chcę iść do pracy, w której szef mnie tyra. Chcę zapłacić ten mandat. Ale rozumiem tę radę, ma wzbudzić w człowieku więcej entuzjazmu i przypomnieć mu, że często wcale nie jest zmuszony do zrobienia czegoś, tylko zwyczajnie tak zdecydował i na zmianę decyzji też ma wpływ. Jednak to demonizowanie „muszę” robi się powoli komiczne. Zamierzamy być panami świata, a wierzymy, że wyrzucenie ze słownika jednego słowa załatwi całą sprawę.

Lubię, jak w ten mój żywot wpisany jest wysiłek. Jestem wdzięczna, kiedy nie są to trudności ponad moje siły, a – swoją drogą – podobno dostajemy tylko to, co jesteśmy w stanie udźwignąć. Okresy ciszy i spokoju są ulgą, ale po jakimś czasie zaczyna mnie coś swędzieć, i bynajmniej nie przekazuję tu w sekrecie, że w spokojnych czasach nie korzystam z prysznica. Nie zgłupiałbyś na bezrobociu, bez możliwości uczenia się czegoś? Nie zatęskniłbyś za poczuciem, by coś musieć, choćby psa na spacer wyprowadzić?

To piękne, że musisz tylko umrzeć, jak powiedział mi kiedyś któryś ze szkolnych księży. Wolę jednak tego nie interpretować dla własnej wygody i pewne przymusy sobie narzucić. Ze względu na panieńskie nazwisko na pewno jest mi dużo łatwiej, ale i bez takiego przydomka możesz zmuszać się regularnie.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (2)

  1. Muszę Ci coś powiedzieć. Siedzę i przeglądam sobie blogi,a mam dużo do nauki, bo studia i w ogóle (nie chce mieć zaległości).I trafiam na ten wpis. W końcu, po tylu latach uświadamiam sobie, że to nie cel jest najważniejszy a droga. Czytałam i słyszałam o ty tyle razy, ale jakoś mnie to nie przekonywało. Przyszłam tutaj i sobie myślę, że fajnie jest się będzie pouczyć, przebyć tę drogę. Koniec studiów przyjdzie i pewnie będę szukać czegoś nowego do nauki, nawet nie wiedząc, że tego potrzebuję. Oczywiście fajnie jest oś zakończyć i mieć ulgę, ale przecież życie się potem nie kończy. Wiesz, dziękuję Ci, bo mi się lżej na sercu zrobiło, że mi uświadomiłaś, że ta moja „ciężka” droga, jest tym, co powinno mnie cieszyć.
    Pozdrawiam gorąco ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *