#MyFirst7Jobs

 

#MyFirst7Jobs – hasztag ostatnio wkradł się na fejsbukowe salony, skłaniając użytkowników do zrobienia małego rachunku sumienia związanego z podejmowanymi przez nich pracami. Mnie też skłoniło to do małej refleksji.  Wbrew pozorom musiałam się mocno nagłowić, nim udało mi się wyłowić z czeluści pamięci moich siedem pierwszych płatnych zajęć i w dodatku je chronologicznie ułożyć.

Zapraszam Was zatem na małą wycieczkę w moją przeszłość.

  1. Pierwsza większa galeria handlowa w moim mieście, w niej Carrefour, a w nim – ja. Licealistka robiąca niewiele wnoszące do życia rzeczy, ale pierwszy raz zarobkowo. Pamiętam tylko, że ważyłam ręczniki, ale na pewno było tam jeszcze kilka innych zajęć. Praca trwała chyba trzy dni.

Nie pamiętam, na co wydałam zarobiony hajs. A mama mówiła: zapamiętaj. Jakąś biżuterię kupiłam…?

  1. Wakacyjna praca w sklepie w Krynicy Morskiej. Po maturze byłam bardzo nakręcona na pracę i wyjazd – do tego stopnia, że udało mi się namówić na to moją koleżankę.  W efekcie przez trzy miesiące dzieliłyśmy pokój na poddaszu, słoiki od gości i niedobory witamin.  Czego ja się tam nauczyłam o handlu, ludziach, o sobie i o tym, jak to jest, kiedy jest Ci całą dobę zimno,  mogłabym pisać godzinami. Tak jak i godzinami pracowałam: siedem dni w tygodniu, 8-10h bez dnia wolnego, trzy miesiące. Tłumacząc klientom na przykład, że to jest żywica, a nie bursztyn. 

Wróciłam z małą depresją od zupek chińskich i kasą na laptopa, który służy mi do dziś.

  1. Merchandisher w jednej z drogerii – pierwsza robota na studiach. Dość pozytywna, bo ciekawa kasa wpadała za wizytę w sklepie trzy razy w tygodniu i wyłożenie towarów według wytycznych. Minusem było to, że robotę rozpisaną w umowie na 3h robiłam w godzinę i potem pozostawało mi ścieranie kurzu z półek…

Kasę wydałam na pierwszy w życiu mandat za swoje zachowanie na drodze (nie, nie biegałam na golasa po ulicy, tylko spowodowałam stłuczkę). Gdybym wtedy znała już rowery stacjonarne, prawdopodobnie obiecałabym sobie, że tylko je będę ujeżdżać do końca życia.

  1. Bufet w szpitalu. Przez osiem godzin zarabiałam tyle, ile teraz mogę zarobić w godzinę, ale wciąż uważam to za jedną z ciekawszych przygód. Miła atmosfera, ciepłe bułeczki z rana, smażenie frytek personelowi szpitalnemu i udawanie, że wcale nie ma się na te fryty ochoty.

Kasa szła na festiwaaaaleeee!

  1. Robienie inwentaryzacji w markecie. Na trzech nockach. I to by było na tyle… Od pracy jest dzień, a w nocy się śpi. Wiem, że nie każdy sobie może pozwolić na rzucenie nocnych zmian, że może je lubić i w ogóle, ale ja będę akurat walczyć o to, by w życiu w nocy spać.

Za kasę chyba pierwszy raz pojechałam w góry. Zatem i tak było warto nie spać i tak!

  1. Sklep zoologiczny. Jedna z lepszych moich prac, głównie z powodu zamiłowania do zwierząt. Kończyłam po 18:00 i waląc trocinami jechałam wypocić się jeszcze jako klientka na indoorze. Do tej pory z uśmiechem wspominam sprzedawanie robaczków wędkarzom albo rozmowy z klientami o ich pupilach.

– Tę karmę z indykiem poproszę dla kota.

– Wszystkie karmy dla kotów, które tu mamy, są z kurczakiem.

– No jak to?! Przecież tu jest napisane: indoor!

 

Kasa poszła na… kurs basic. :)

  1. Rozwożenie kanapek w Londynie. Rowerem. Ten wyjazd był jedną z najbardziej szalonych rzeczy, jakie zrobiłam w dotychczasowym życiu i równocześnie jedną z najbardziej pouczających. Multikulturowe towarzystwo, szereg bodźców, zachłyśnięcie się innym światem, niezwykłe dowartościowanie. Miejsce, w którym pracowałam, już nie istnieje… na mapie. W sercach setek ludzi, które rozwoziły rowerami kanapki stamtąd, pewnie będzie żyć zawsze.

Nie pamiętam, na co wydane poszła kasa. Pewnie wyjazd. 

 

Uf, no i mamy siedem, a nie wspomniałam jeszcze przecież o IC, pracy etatowej i nałogowym wolontariacie. Jak widać niewiele z moich wczesnych prac miało jakikolwiek związek z tym, co robię teraz, ale co z tego – kontaktu z ludźmi, elastyczności i innych przydatnych umiejętności i cech można się nauczyć nawet w miejscach niezwiązanych z wykształceniem. Dlatego bardzo się cieszę, że mama mi zawsze kibicowała i zachęcała do pracy. Warto zaczynać wcześnie swoją zarobkową przygodę. Oby mądrze!

Teraz Wy. Gdzie zaczynaliście? Mnie ta mała retrospekcja wewnętrznie ucieszyła, więc może i Wam sprawi trochę radości!

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (5)

  1. W wieku 15 lat roznosiłem gazety w stroju klasycznego „paperboya”. Kilometrów dziennie robiłem tyle, że zniszczyłem sobie buty. Pracowałem miesiac i zarobiłem tyle żeby kupić nowe tenisówki. :-D
    Reszta moich prac to już nudziarstwo bo od 18 roku życia pracowałem na etacie a później zawsze jakieś własne firmy :D

  2. No no, wożenie kanapek rowerem w Londynie brzmi ryzykownie! Sama miałam właściwie tylko jedną pracę, i mam ją do dzisiaj – obłsuguję z domu klienta zagranicznego dla Tivronu. W moim ukochanym włoskim języku!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *