Najbardziej niedoceniana zaleta biegania

Bieganie… Jeśli będę Was kiedyś chciała zanudzić, opowiem ze szczegółami jak to było, że przestałam uprawiać tę aktywność regularnie. Jednak mimo że moje bieganie po maratonie jest już tylko okazjonalne, wciąż czuję się biegaczem. Dlaczego? Nie wiem… Może dlatego że to 7 lat mojego życia? Może dlatego że dzięki temu zaczęłam czuć się sportowo?


 A może dlatego że… nie raz uratowało mnie znad przepaści?


O bieganiu najczęściej mówi się w kontekście gubienia kilogramów (a nie odchudza), poprawienia formy (a są lepsze sposoby) albo maratonów i innych zorganizowanych biegów (a to nie dotyczy każdego). Dla mnie jednak ta aktywność ma całkiem inne znaczenie i jest to sprawa niebagatelna. Ważna o tyle, że chcę się z Wami tym podzielić.

Człowiek miewa dni, kiedy coś nie styka. Niby wszystko ma: wszyscy w domu zdrowi, jest środek lata, kasy nie brakuje, promocja na karnet w klubie i na truskawki na targu, wysypia się człek nawet… a mimo to chodzi jak ścigany przed dementora. Nie pójdzie do lekarza, bo przecież to nie depresja. Nie będzie zawracał głowy przyjacielowi, bo przecież to zaraz przejdzie. I tak stopniowo coraz bardziej coś ciągnie go w dół, aż w końcu zaryje zdołowaniec policzkiem o glebę.


 Jak już jesteś na tej glebie, to oceń, czy to dobre podłoże do biegania.


Nie chcę tu pisać o endorfinach, które mogą wpłynąć na polepszenie nastroju, ani opowiadać o fizycznym rozluźnieniu – to często wymieniane zalety biegania i całkiem słusznie podawane jako doraźna pomoc przy walce z gorszym nastrojem. Owe rozluźnienie przydaje się w chronicznym stresie, kiedy całe ciało jest ciągle spięte. Produkcja kolorowych endorfinek nie jest jednak najważniejsza; przy poważnym dole to co najwyżej można potem zwymiotować tęczą. Bardziej istotne jest, żeby zdobyć wewnętrzną siłę, pozwolić wyjść na powierzchnię wszystkim ciążącym sprawom i się z nimi uporać. A to właśnie można znaleźć w pokonywaniu kolejnych kilometrów.

Zabierając się za biegowe „leczenie”, trzeba przestać… myśleć. Mieć wyłączoną głowę od dźwięku budzika aż do stawienia się na chodniku przed blokiem w odpowiednim ubraniu. Tak, jeśli chodzi o stany depresyjne, najlepiej biegać rano. Choćby dlatego że zaliczasz sukces już w pierwszych minutach dnia, kiedy decydujesz się pokonać wszystkie  głosy mówiące Ci o tym, że życie jest bezsensu, a co dopiero bieganie. Ruszasz przed siebie i dalej nie myślisz o niczym poza tym, że wstałeś rano mimo oporów. Refleksje dozwolone są dopiero po pierwszym kilometrze, bo wtedy już jest lepiej. Pojawia się poczucie, że działasz. Wątpię, że istnieje ktoś, kto po pierwszym kilometrze powie „Toż to bezsensu, wracam do domu leżeć”.

Bieganie pozwala patrzeć przed siebie. Dosłownie i w przenośni.  Aktywność z opuszczoną głową sprawia, że potem boli szyja, a więc tutaj mamy bardziej przyziemną sprawę – dla samej wygody trzeba podnieść czachę. Człowiek uczy się nosić głowę wysoko. W przenośni… Stawiasz czoła temu, co Cię gryzie. Patrzysz daleko, planujesz. Zbierasz siłę. I tak jesteś sam na sam ze swoimi myślami – nawet jeśli chcesz je zagłuszyć Westbamem i Tiesto. Najbardziej męczących głowę rzeczy nie przebije „Insomnia”. Tak jak i „Agharta” nie wyjdzie za Ciebie z tego stanu. To Ty masz zdobyć do tego moc. A piąty, piętnasty, dwudziesty kilometr Ci ją da. Przyniesie rozwiązanie.

I chociaż to Indoor Cycling powoduje we mnie ciary, chociaż wciąż pamiętam sms-a od przyjaciółki: „Ja depresję miałam? Mi porządnego spinu w dupę brakowało!”, to i tak niezawodnym lekiem na totalny spadek siły i mocy mentalnej jest dla mnie nie rower, ale bieganie. Moja głowa już to wie i kiedy na dobre pozwalam dementorowi na rozgoszczenie się u mnie, łeb podsyła informację, gdzie leżą patronusy = asicsy. Oczywiście ciało się broni, bo przecież prawie każdego dnia jeździ na rowerze, a poza tym mieć doła jest tak wygodnie… Aż docieram do miejsca, w którym chwytam się ostatniego pudła ratunku. Pudła z butami.

Dlatego długie rozbiegania pozostaną dla mnie ważne: bo wiele mnie kosztuje w kiepskim stanie zmobilizowanie się i w pewnym sensie już samym wyjściem na dwór wygrywam. Bo jestem na trasie sama i w końcu poczuwam się do odpowiedzialności za swoje życie, nastrój, działania. Bo wiem, że niby nic nie znacząca niebieska kreska na mapie zajmie na jakiś czas moją głowę – może nawet do momentu, kiedy na tym betonie, po którym biegałam, znajdę trampolinę i znowu będę skakać. Na osiem i na cztery, jak to na instruktora IC przystało.

Więc jeśli zobaczycie, że ponadprzeciętnie dużo biegam… Można mnie pytać, czy sufit mi na łeb się czasem nie spadł i czy chcę o czymś porozmawiać.

Więc jeśli Twój przyjaciel ma doła, zaproponuj mu wspólne bieganie. Biegajcie na zdrowie. Psychiczne.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *