Najlepsza jest motywacja negatywna

 

Warunki do pisania, które teraz mam, prawie nie mają sobie równych. Siedzę przy wysprzątanym stole, na którym jest dużo miejsca, obok mnie paruje gorąca kawa w ulubionym kubku. Najważniejszą składową tego idealnego obrazka jest to, jak słońce grzeje mi w twarz – prawie jak na zdjęciu sprzed…hm, kilku lat. Krzywię się, jak tysiące osób chodzących teraz po ulicy, ale wszyscy czujemy, że poziom witaminy D rośnie. Przy okazji słońce przypomina mi, kiedy ostatnio myłam okna…

Dziś piątek – trzynastego. To, że przypadł akurat po Tłustym Czwartku pozwala mi stwierdzić, że świat jednak lubi do nas podchodzić nieco ironicznie. Podejrzewam, że dla niejednej osoby dzień od rana jest pechowy, bo wczorajsze ekscesy żywieniowe wymknęły się spod kontroli i potwierdziło się doniesienie, że komórki tłuszczowe rozmnażają się przez pączkowanie.

Zastanawiam się, ile osób musiało wczoraj wieczorem postanowić, że od dziś będzie już na dobrej drodze żywieniowej. Ile głów ma dzisiaj swoje „od poniedziałku”, swoje „od jutra”. Jeśli należysz do tej grupy, albo Twoje „od jutra” przypadnie w sobotę, poniższy tekst może Cię zainteresować. Bo pewnie potrzebujesz trochę motywacji.

Cóż – wielkie postanowienia o tym, że już za parę dni, za dni parę nastanie czas wspaniałego odżywiania się, zwykle nie są nic warte, jeśli nie ma się silnej motywacji. Przykro mi. Bez „szoku termicznego” powrót do strefy komfortu będzie szybszy niż seria tabaty.
To dziwne, ale najbardziej motywują mnie (nas? Póki nie potwierdzicie, wolę pisać za siebie) rzeczy negatywne. Najbardziej na głowę oddziałuje coś, czego przykry rezultat można sobie wyobrazić i prawie fizycznie się go czuje. Specjaliści od rozwoju, od stawiania celów mogą mówić, że cel ma być pozytywny, że trzeba go wizualizować i tak dalej. Ktoś czytający może mi wymienić, do ilu rzeczy doszedł, myśląc o pozytywnym rezultacie, ale ja dalej będę utrzymywać, że lepiej, jak krąży nad człowiekiem zagrożenie. Rzadko zdarza się, żeby zmotywowała mnie wesoła, dobra wizja.

Najsilniejszymi motywacjami jakie znam, są:

nie mieścisz się w ulubione ciuchy i nie jest to spowodowane treningiem siłowym, który korzystnie wpłynął na sylwetkę. Bardziej zmotywuje mnie do zmiany nawyków to, że za chwilę trudno będzie zawiązać buty, niż wizja świetnie wyglądającego w spodniach i bez nich tyłka;

zamierzasz zostać instruktorem, przebiec maraton albo wystartować w jakichś zawodach i nie chcesz się zbłaźnić. Choć stan na mecie jest cudowny i on może zachęcać do działania, to silniejszym bodźcem na zapęd i tak jest obawa, że nie dam rady;

zdrowie szwankuje i jeśli natychmiast nie poprawisz kondycji, wylądujesz w szpitalu. To, że rak żywi się cukrem, jakoś bardziej działa na wyobraźnię niż wizja mnie, 80-letniej biegaczki;

„Nie mogę wyglądać gorzej niż…” Nigdy mnie nie dotknęło (jeszcze?), ale znam wiele osób, które wzięły się za siebie, bo ich konkurencja, obojętnie w jakiej dziedzinie, tryskała zdrowiem i witalnością. Tutaj motywacja oparta została też na poczuciu zagrożenia.

Postanowienie o tym, że chce się jeść zdrowiej, bo wszyscy mówią, że tak lepiej, nie ma szans na powodzenie, dopóki samemu się tego nie poczuje. Rządzić muszą emocje i mają to być emocje postanawiacza, a nie pani z internetu czy telewizji śniadaniowej. Racjonalne przesłanki są ważne, pomagają zobrazować to, do czego chcemy dojść, ale podstawą i tak pozostaje to, co czujesz wobec swoich zamiarów.

Co Ciebie motywuje najbardziej? Ja wolę się poważnie przerazić, co będzie, jeśli natychmiast nie zmienię swojego postępowania. Dlatego szczęśliwa po wczorajszym pączkowaniu, walentynek nie zaleję czekoladą.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *