Najważniejsza cecha instruktora

 

Wiecie, co przydaje się w pracy instruktora?

Dobra kondycja. O, tak! Zacząć sapać zanim duża wskazówka zegara przemieści się z dwunastki na trójkę, to zwyczajny obciach.

Świetny wygląd. Rzecz bardzo względna, ale wiadomo, że mamy świecić przykładem i jeśli nawet nie łapiemy się w utarte kanony piękna, to chociaż nie powinniśmy powodować zniesmaczenia u klientów obwisłą skórą na bicepsie.

Poczucie rytmu. W Indoor Cyclingu konieczne, podczas prowadzenia zajęć fitnessowych również. Niektórzy radzą sobie bez tego…, ale wciąż jest to umiejętność, która zasadniczo ułatwia tę pracę.

Brawo. Wszystko to na pewno jest prawie że obowiązkowe.

A teraz cecha, o istotności której ja upewniłam się wczoraj. Zaprawdę powiadam: nade wszystko ważna jest elastyczność.

Bynajmniej nie mam tu na myśli tego, czy jesteście w stanie dotknąć palcami podłogi i jak bolą Was nogi po pierwszych zajęciach jogi. Chodzi o umiejętność dostosowania się do grupy.

Pozwólcie, że przytoczę na przykładzie zajęć, które mogłyby śmiało się znaleźć w „Pamiętniku instruktora”, ale uznałam, że warto to rozwinąć do „tekstu właściwego”. Bez cenzury.

Na salę wchodzi piętnastu panów w wieku lat prawie dwudziestu w takich samych koszulkach. Dobrze wiem, kim są – od tygodnia byliśmy umówieni na ten trening. Trenują piłkę nożną i jedyną wytyczną od trenera dla mnie jest: „Wie pani, trochę obciążenia, nie za mocno, góra dół i tyle”. Och, jasne. Tylko tyle.

Kalejdoskop postaw, które można było zaobserwować podczas tej godziny, zasługuje na uwiecznienie. Od początkowego lekceważenia, po stopniowe nabieranie szacunku do roweru i do tego, co mówi prowadzący, na „kurwa, ale muzaaa!” kończąc. Włączenie „odpowiedniej” muzyki („Ty, muza dobra, nie?” „Noo, w chuuuj”), dopasowanie również słownictwa i tonu głosu (przekrzyczeć kilkunastu piłkarzy? Nie ma problemu) sprawiło, że już po pierwszym podjeździe czuliśmy do siebie chemię na tyle, że zaczęło robić się mokro. Na koszulkach. Wspólne okrzyki, doping i śpiewy (ktoś wyjący w rogu „The world was on fire and no one could save me but you” zagwarantował mi zaciesz do końca dnia) przyczyniły się do wniosku na koniec zajęć, wypowiedzianego przez jednego z najbardziej aktywnych werbalnie uczestników: „Ten Majka to ma przejebane”.

[Trening ze sportowcami to świetna sprawa. Dają z siebie wszystko („panowie, do końca!!”), nie boją się obciążeń, a pot nie jest ujmą na wymejkapowanym honorze].

Te zajęcia mogły się potoczyć inaczej. Prowadzący – ja! – mógł przyodziać tę samą minę, co zawsze. Wydawać podobne komendy, jak w trakcie zajęć dla kilkunastu pań w wieku 40 lat. Mógł włączyć muzykę bardzo trudną do interpretacji, której żaden z uczestników nie określiłby jako „Ty, dobre do samochodu!”, nakazywać wczucie się i wyciszenie… Mógł kompletnie nie łapać ich żartów i zniesmaczać się na wulgaryzmy. Przemęczylibyśmy się tę godzinę: pierwiastek męski całkowicie przytłoczyłby „damską” prowadzącą, ale zajęcia nie poskutkowałyby tą jedną z ważniejszych rzeczy: czystej radości przy wychodzeniu z sali.

Cóż. Czasem warto – i trzeba – odnaleźć w sobie jaja elastyczność.

Dla mnie to jedna z najważniejszych cech, które praktycznie przydają się w życiu. Umiejętność skomunikowania się zarówno z dyrektorem zarządu, jak i z żuli garsą, który pod sklepem chce „piąsiąt groszy do piwka, szefowo”, to gwarancja małych, codziennych sukcesów.

Idźcie i bądźcie elastyczni!

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (2)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *