Nie mam potrzeby zbyt wiele wiedzieć

 

…czyli jak przestałam odwiedzać niektóre strony w internecie.

Ktoś powie, że jesteśmy bombardowani informacjami. Ja powiem, że sami dajemy sobie wchodzić na głowę. Przez lekarzy. Przez farmaceutów. Producentów żywności. Tak zwanych „fit – blogerów”. Prowadzących fan pejdże. Tych, którzy przeszli ogromną metamorfozę i mówią, że znają już receptę na doskonały wygląd i jeszcze lepsze samopoczucie.

Owszem, znają. Najlepszą dla SIEBIE.

Jedna strona, druga, trzecia. Piąty blog, dziesiąty. Tu dietetyk, tu ktoś ze sportowego forum, na dokładkę porcja informacji od trenera w klubie fitness i kolorowa prasa z przypadku. Oj, tyle minut życia spędziłam na szukaniu czegoś w rodzaju prawdy na temat odżywiania się. Na temat treningu. W końcu chyba wypadałoby trenować zgodnie z ułożonym planem, hm…?

A potem się zmęczyłam jak w gimnazjum po trzecim przysiadzie. Bo każdego dnia dowiadywałam się od jednej z blogerek, że kolejne rzeczy źle wpływają na hormony. Że ten olej nie jest tak dobry, za jaki go uważano tydzień temu, a zmieniona struktura jakiegoś składnika skrzywi mi głowę. Na to wszystko wystarczyło dołożyć garść motywujących, pogniecionych obrazków z paniami zaprzyjaźnionymi z fotoszopem i newsy o tym, jak biegać, by stać się Bekele, nawet nie mając ku temu predyspozycji. Bo przecież w dzisiejszych czasach wszystko można, jeśli się bardzo chce, no nie? Z takim wyposażeniem internetu mogłam być pewna jednego. Że zwariuję.

Któregoś dnia decydowałam, że wolę śpiewać Kazikowe „Nie mam potrzeby zbyt wiele wiedzieć, nie mam potrzeby wiedzieć zbyt wiele”. Nie chodzi tutaj o całkowite ignorowanie informacji i tego, co przynosi świat i nauka. Jednak trzeba umieć to wszystko przefiltrować i zostawić co cenne. A nie łykać wszystko, jak – uwaga, przed nami malownicze porównanie, zasłyszane od jednego z moich ulubionych ludzi – jak młody pelikan.

Po co czerpać informacje jednocześnie od kulturysty, od biegacza i od skoczka narciarskiego? Każdy z nich ma inne cele, a więc czym innym będzie się dzielił i co innego będzie dla niego doskonałą receptą na sukces. W przypadku pierwszego ilość węgli w diecie może zaważyć o tym, czy wygra zawody. Drugi będzie wychwalał bułkę z dżemem jako coś, co da mu zasilanie na kolejnych kilometrach. Ja na takie śniadanie przed startem patrzę z ironicznym uśmiechem, z apetytem jedząc jajko i serek wiejski. Ktoś inny po śniadaniu w moim stylu nie dotrwałby nawet do trzeciego kilometra… Bo jesteśmy różni. Bo nie ma uniwersalnego rozwiązania, co będzie najlepsze (choć co najgorsze to akurat można dosyć ogólnie stwierdzić. Po białej kiełbasie się ciężko biega).

Dlaczego nikt nie wpadł na to, żeby po prostu… słuchać siebie?

Bo to nieopłacalne dla wszystkich tych, którzy chcą sprzedać swoje produkty idee.

Bo słuchać siebie jest trudno, a w razie porażki łatwiej zrzucić ciężar odpowiedzialności na kogoś innego. Niełatwo się przyznać przed sobą, że jest się uzależnionym od wieczornej dawki cukru. Że kiepskie spanie zaczęło się od talerza. Ból głowy od alkoholu to dla niektórych coś normalnego i czasem wręcz godnego, by opowiedzieć o tym kilku(dziesięciu) osobom. Lepiej poszukać recepty w internecie i dowiedzieć się, że Twoim problemem na pewno jest rak. Tymczasem organizm sam potrafi powiedzieć więcej niż kolejna trenerka, która chce zmienić świat. Trzeba tylko dać szansę mu dojść do głosu, a do tego potrzeba dobrego prowadzenia się choćby przez tydzień.

Zza zasłonu cukru, alkoholu i braku snu wiele nie usłyszysz.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *