fbpx

Nie mam weny, nie mam motywacji

 

Gały mnie bolą od wpatrywania się w komputer, a linie papilarne chyba na dobre opuściły moje opuszki palców. Napisałam dzisiaj trzy teksty, ale stwierdzam, że… nie mam weny.

Drodzy powracający tu Goście. Ja wiem, że to może nie być tekst dla Was, bo nie każdy pisze bloga, doktorat albo teksty prasowe. Niemniej jesteście mądrymi personami, które na pewno wiedzą, że i  z takiej refleksji ulubionej autorki można coś wyciągnąć dla siebie. ;) Bo tu nie chodzi tylko o wenę do pisania. W końcu mamy też wenę do działania, zwaną ładniej motywacją.

Wena i motywacja

Długo wierzyłam w wenę jako zewnętrzny stan, który się przydarza. Tak, jak motywacja. To są siostry! I to takie, które goszczą u wybranych:

  • wieszczów narodowych (gdy przy świecy podgryzają gęsie pióro, próbując przelać myśl na pergamin) 
  • coach-ów (gdy tylko rano otwierają oczy, u nich motywacja to stan przewlekły)

Ech, ile można napisać, gdyby się tylko miało wenę. Ile mogłoby się zrobić, gdyby miało się motywację…

A teraz, jak przystało na damę, zaznaczę: gówno prawda. Bo przecież najłatwiej wytłumaczyć się brakiem weny czy motywacji, żeby obejrzeć jeszcze jeden odcinek serialu. Już dawno zmieniłam podejście!

 

Nie mam weny, ale mam notatnik

Nie wierzę w swoją pamięć, zapominam jak chciałam daną myśl rozwinąć. Bo, jak to mówią, mam dobrą pamięć, ale krótką… Kiedy na horyzoncie pojawia się cokolwiek do napisania, doskonale sprawdzą się zeszyt albo chociażby notatnik w telefonie. Przyjmą każdy słowotok, który jeszcze nie będzie miał sensu, ale przecież – zanim pokażę to czytelnikom bloga (a Ty swoje dzieło promotorowi) – luźne myśli będzie poskładane w spójną całość.

W tym przypadku przyjmuję zasadę o ograniczonym zaufaniu, zupełnie jak na drodze. Ograniczonym zaufaniu do swojej pamięci.

Nie mam weny, ale czytam książki

Ryszard Kapuściński powiedział kiedyś, że aby napisać jedno własne zdanie, trzeba przeczytać tysiące cudzych. Skoro mówią to mistrzowie pióra, coś w tym być musi. I faktycznie: nie raz do napisania całego tekstu zainspirował mnie jeden wers z książki.

O ile książkowe inspiracje działają wspaniale, o tyle uciekam w tej kwestii z Internetu, bo tylko tym sobie szkodzę. Czytanie masy innych blogów, obserwowanie setek kont na Instagramie i przeglądanie nie wiadomo czego w ramach poszukiwania inspiracji to zabójstwo dla „weny”. Najczęściej po takiej wirtualnej wycieczce jestem zmęczona bardziej niż po triathlonie i nie powstaje nic. Bo konsumuję, zamiast tworzyć.

Z oglądania, jak inni trenują, biceps nie rośnie. Z czytania o mądrym planowaniu swoich zadań nic nie będzie, jeśli nawet nie masz kalendarza.

Nie mam weny, ale łapię chwile i przeżycia

Z pozornie mało znaczących chwil w życiu robiłam już spontaniczne teksty, które okazywały się być na tyle dobrze podane, że zebrały więcej wirtualnego uznania niż długo tworzone elaboraty. Żeby coś opisać, trzeba przeżyć. Już nie wspominając akcji typu wyjazd na bieg, bo fajnie będzie napisać o nim na blogu.

Czy jednak tak samo będzie działała próba obudzenia weny do pisania pracy licencjackiej? Hm, no jeśli piszesz o turystyce i rekreacji…

 

Nie mam weny, jestem skupiona

I wyłączone WiFi albo cokolwiek innego, co mnie rozprasza. Jeśli Ciebie od pracy odciąga przeglądarka na komputerze, to trochę mi przykro, ale… wiem, co czujesz. Dlatego piszę na jedenastoletnim laptopie (Tosziba, aj law ju! <33), w którym tylko edytor tekstowy działa jak technika chciała, a wszystkie inne ruchy kończą się tłoczeniem – i wcale nie mam tu na myśli pierwszego tłoczenia oleju słonecznikowego.

Po prostu znam już swój styl pracy i poziom skupienia na tyle, że nie pozwalam sobie na rozpraszacze. Niestety nie wiem, czy jedenastoletni laptop sprawdziłby się przy innej komputerowej robocie niezwiązanej z pisaniem. Zakładam, że średnio tworzyłoby Ci się na nim strony internetowe albo montowało filmy dla klientów. Dlatego liczę, że jesteś tu dla rozrywki, a nie po konkretne porady. ;)

 

Nie mam weny, robię pierwszy krok

Wena i motywacja to mityczne stany. Dostępne dla każdego od zaraz, jeśli zaraz usiądzie i zacznie robić. Jeżeli czekasz, aż przyjdzie wróżka chrzestna i magiczną pałką wyczaruje odpowiedni moment, w którym wszystko się zacznie, to przestań być takim romantykiem i sam zacznij proces. Napisaniem pierwszego zdania, ubraniem butów, spakowaniem torby na trening.

Pisaniem, a nie czytaniem, jak pisać.

Robieniem, a nie czytaniem, jak zrobić.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *