Nietypowe zachowania na zajęciach indoor cycling

 

Olbrzymi urok zajęć Indoor Cycling polega na tym, że jedziemy w grupie. Wie o tym każdy, kto doświadczył uczucia jedności z osobą, która jechała obok i miała tak samo dokręcone obciążenie, kiedy instruktor nagle rzucił: „frozen!”. Wspólna chęć wykończenia osoby prowadzącej to motywacja lepsza niż żadna, trust me.

Po co przychodzisz na zajęcia?

Lubię swoją pracę i to, jak mnie cały czas zadziwia na sali to i owo. Prym w zdziwiaczach wiodą ludzie, którzy sami są sobie sterem, żeglarzem i instruktorem. Owszem: zawsze powtarzam, że tak w zasadzie to instruktor tylko proponuje co robić, a już uczestnik wybiera, czy się do wskazówek stosuje. Dotyczy to jednak bardziej regulowania obciążenia (wybierasz, czy masz obciążenie, czy marnujesz godzinę życia) i odpowiedniej postawy niż zasad bezpieczeństwa, które trzeba mieć na względzie dla własnego dobra.

Jeśli ktoś pojawia się na zajęciach grupowych, to chyba po to, żeby po trosze oddać się w cudze ręce, a nie kręcić gdzieś pokątnie na rowerze w strefie cardio. Okazuje się jednak, że nie każdy jest na sali po to, by się jednoczyć ze wszystkimi. Liderem w grupie ciekawych odwiedzających jest dla mnie gość, który przyszedł na zajęcia… ze swoim odtwarzaczem mp3. Pomijając sens takiego działania, nie chciałabym wiedzieć, co musiały przeżywać jego uszy, bo domyślić się można, że muzyka z jego sprzętu miała przebić tę, która płynęła z odtwarzacza klubowego. Płynęła… Delikatnie powiedziane.

Inni przodownicy pracy uwielbiają sprawdzać możliwości swojego kręgosłupa, przyjmując dziwne pozycje. O ile jestem w stanie zrozumieć kolarzy, którzy w porywie tęsknoty za outdoorem ukochali sobie „zgarbienie się” do pozycji siódmej, o tyle my, niekolarskie ktosie, nie potrzebujemy takich urozmaiceń. Jasne, po coś ta pozycja została wymyślona, tyle że trzeba pamiętać, że wszystko powinno mieć swój cel. A celem tym nie ma być palmowanie. To samo dotyczy przyjmowania innych pozycji podczas jazdy w dole niż wskazane przez instruktora. Jeśli cała grupa spokojnie kręci sobie na prostej drodze w drugiej pozycji, to po co kłaść się na kierownicę, okupując dłońmi tomahawkową szóstkę? Na deser tylko sygnalizacja zachowania, które najmniej rozumiem, a z którym spotkałam się, będąc u kogoś na zajęciach. Instruktor mówi, że jedziemy w dole, więc wszyscy elegancko suniemy po prostej drodze, oprócz jednego zapaleńca, który poczuł zew i musiał jechać na stojąco. Mówiąc delikatnie… To trochę głupio wygląda, jak za wszelką cenę chcesz pokazać, że wiesz lepiej.

Nawet ja, która zawsze (uważa, że) ma rację, idąc do kogoś na zajęcia, stosuję się do jego zaleceń. Kiedy idę do fryzjera, to mówię mu, jaki mam cel. Nie biorę nożyczek i nie tnę sama (również dlatego że jestem w stanie wyobrazić sobie konsekwencje takiego działania). Kiedy idę do dentysty, mówię, gdzie mnie boli, ale nie, które narzędzie ma teraz wziąć, albo może najlepiej to ja sobie wyrwę samodzielnie. Rozumiem, że kompetencje instruktorów bywają różne, ale to zupełnie inna para kaloszy i tekst o tym jeszcze się pojawi.

Martw się tylko o tętno, wodę i ręcznik. I kręć.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *