Nocne powroty, chwilowe niewygody

 

Jeszcze kilka godzin temu wyczekane kwietniowe słońce ogrzewało twarz, grillowane mięsiwo i bluzę, która okazała się zbyteczna przy popołudniowej temperaturze. Teraz kawałek materiału może czuć się doceniony: jest późna noc, wczesne godziny dnia następnego, a kaptur okazuje się zbawieniem. Organizm, który – zajechany intensywnym tygodniem – marzy już tylko o śnie, ma dość prostą drogę do łóżka.

Droga ma pięć tysięcy dwieście metrów i zawiera w sobie jeden solidny podjazd.

Pierwsze obroty korby to jakiś pieprzony termiczny szok. Kwietniowe noce to jeszcze nie czas na takie akcje, dajcie mi jakiś autobus, dlaczego nie przyjechałam samochodem, teraz wracałabym w cieple, w spokoju i bezpieczeństwie, bez tego wiatru, który przeszywa wspomniany wyżej kawałek materiału i powoduje takie dźwięki szczęki, że zastanawiam się, czy rower nie ma jakiegoś nowego ozdobnika na szprychach.

Wewnętrzna księżniczka na pełnej.

Modlitwa do matki boskiej ostrokolskiej o cierpliwość. Znamy się nie od dziś, nie raz ocaliła mi zęby i odzienie. Przecież wiem, w jakim stanie dotrę do „mety”. Chwilowa tęsknota za wygodą za kilometr zacznie przegrywać z tu i teraz. Przecież już za pięć tysięcy metrów, za kilka skrzyżowań i za jeden podjazd będę o krok od łóżka, z ulubionym charczeniem w płucach i poczuciem, że bardziej w porządku być nie może.

Poczekam.

Krew zaczyna krążyć szybciej, samochody mijają mnie jeszcze śmielej niż za dnia, w końcu po dwudziestej trzeciej każdy jest jeszcze bardziej szalonym królem polskich dróg. Nocą nie ma znaczenia, czy król włącza kierunek mijając rowerzystę, tracą na wartości plany dni, składy posiłków i przepełniona skrzynka mailowa. Jedyna przyszłość, która się liczy, to najbliższe skrzyżowanie i sekundy z myślami o tym, by nie musieć się zatrzymywać. Wiatr, na który klęłam kilka kilometrów wcześniej, staje się sprzymierzeńcem. Jeszcze jeden park, kilka obrotów, cztery krawężniki.

Po pięciu kilometrach po człowieku marzącym o wygodzie nie ma śladu, jest za to ulubione charczenie w płucach. Bardziej w porządku być nie może.

 

Chwilowe niewygody. Niektóre trwają kwadrans, bo to tylko wiatr, który wieje po dupie. Są też sprawy poważniejsze, tygodniowe, miesięczne, roczne. W imię wyższego celu… Znasz je. Nieobce Ci niewygody trwające kilka lat – silne wyobrażenie o szczęściu nie pozwala zadowalać się substytutami.  

Kończąc jazdę na ostrym w nocy wiem, że warto było przetrwać zarówno tę trwającą kwadrans, jak również inną, wieloletnią niewygodę. Bez substytutów.  

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *