O tym, jak ostre jeździło po Poznaniu

 

Bydgoszcz jest dla mnie dobra. Czasem żałuję, że na zjeździe do ronda Toruńskiego dostaję sygnał – przez nacisk na klamkę hamulca – że nie będzie większego rozpędu. Czasem mnie irytuje zachowanie kierowców na Skłodowskiej – Curie, innym razem mam dość wysokich krawężników i Jej zapominania, że trzeba podnieść tyłek. Jednak w większości przypadków uwielbiam czuć bydgoski wiatr w szprychach.

Dodam jednak, że moje wybujałe ego, utworzone na bazie zachwytów nade mną, twierdzi, iż zostałam zbudowana nie tylko do bydgoskich ścieżek.

Ja, bezimienna koza o ostrym kole, chcę więcej.

Od jakiegoś czasu wiszę na ścianie. Ona ciągle marudziła, że jej brakuje przestrzeni w pokoju, a przecież nie wyniesie mnie do piwnicy na stracenie, a wtedy On zrobił z dziwnego tworzywa wieszak. Raz stamtąd spadłam – choć bolało i z błędnikiem miałam problemy przez pierwszy kilometr, aż mnie On nie naprostował – nie żałuję, bo upadek był głośny i spektakularny. Na triathlon dopieścili mnie maksymalnie. W zamian dałam z siebie wszystko, a po wyścigach… zostałam na ścianie na ponad miesiąc. Obraziła się na mnie? Nie będę tu się żalić, ale przyznam, iż smuciłam się zawsze, gdy słyszałam o ostrym, które rdzewieje na balkonie kilka ulic dalej. Nie przez deszcz, wiatr i mrozy. Przez porzucenie! Byłam gotowa uwierzyć, że czeka mnie to samo.

Aż któregoś razu Ona powiedziała do Niego: „A może pojechalibyśmy do Poznania pojeździć na ostrych?”

Cóż. Każdy ma swoje zajawki. Można pojechać za granicę grzać się na plaży, można obrać za cel miasto oddalone o 150 km i zabrać tam rowery. Pozbawili Pestkę i mnie przednich kół, wpakowali do auta jak worki ziemniaków… Lubię Pestkę, jest pośrednią przyczyną mojego drugiego życia, ale tak obrywać od niej co chwilę z pedała – to uwłaczało mojej godności. I to wszystko po to, by posmakować poznańskiego asfaltu…?

Już od początku czułam, że w Poznaniu jestem mile widziana, więc zapomniałam o trudach podróży. Pomogło mi w tym również adrenalinowe powitanie, kiedy to wylądowałam na jednej z najbardziej ruchliwych ulic i musiałam pokonać w poprzek kilka pasów intensywnie uczęszczanych przez auta. Cóż – nie traciłam z zasięgu kierownicy tylnego koła Pestki i w chwilach świadomości modliłam się o przetrwanie bez uszczerbku na oponach. Potem było już spokojniej: na szprychach jednego koła mogę policzyć uliczki, na które zabroniono mi wstępu. Wszelkie informacje podawane były w przyjaznym tonie: „Rowerzysto, za kilka metrów zwężenie drogi, przeprowadź rower”. Ona dawała mi odpocząć od swojego tyłka (który i tak był lżejszy niż dzień później po babeczce kajmakowej) i posłusznie stosowała się do wskazówek. Szukałyśmy rowerów o napędzie podobnym do mojego, ale w sumie żaden z zauważonych nas nie zachwycił.

Mknęłam wszystkimi ulicami, które dotąd pokonywała samochodem i pieszo. Wspominała wszystkie ławki, życzenia (uważaj, spełniają się), postanowienia. Czułam na kierownicy jej ekscytację i te przesadzone sentymenty, którymi się karmi. Robiłam rundy wokół Malty, mijając inne kozy wjeżdżające mi na ambicję swą prędkością. Czasem jechałam po chodniku, ale wszystko za pozwoleniem znaków. Nie byłam w tym mieście intruzem – za to je pokochałam!

ostre

Dzwonek Pestki, rękawiczki różowe, brak sportowego zegarka... Wszystko na przekór modzie i trendom.

Następnego dnia postanowili sprawdzić, jak ma się Jezioro Rusałka. Ona się naczytała na blogach biegowych, że poznaniacy lubią tam truchtać, więc oczywiście musiała to zobaczyć na własne oczy. Wystarczyło dostać się na Bułgarską (On poczuł piłkarski zew i śpiewał całą drogę „W górę serca, niech zwycięża Lech Kolejorz!”, co mnie nieco zawstydzało), a potem spytać sympatycznych rowerzystów-tubylców o dalszą drogę. Na Bułgarskiej widziałam tyle rowerów, że czułam się jak na Masie Krytycznej. Trudno się dziwić tej frekwencji – bardzo przyjemnie jedzie się po tej ścieżce.

Wspomniana wyżej dalsza droga do Rusałki prawie doprowadziła mnie do focha. Mnie się naprawdę nie chce udawać MTB. Ja mam cienkie oponki i jestem przeznaczona do gładkich nawierzchni zupełnie jak mleczko Cif, a nie do obijania sobie przepięknych stożków kamlotami i żwirem. Sama nie wiem, jakim cudem udało mi się nie zakopać się w piasku i nie zakończyć żywota w krzakach – może Ona już bardziej ogarnia ujeżdżanie ostrego? Kiedy już dotarłam nad jezioro, miałam ochotę się w nim zanurzyć, by pozbyć się tej kurzawy… Ale wtem zakończyłam marudzenie.

Bo oto znowu byłam jak worek ziemniaków. Pozostało mi wspominać to niezwykle przyjazne dla rowerów miasto.

Poznan-ostrekolo

Tak czekając na obowiązkowe czyszczenie po tych wojażach zastanawiam się: czy ja będę kiedyś mieszkać w Poznaniu?

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *