Peany pochwalne na cześć porannego wysiłku

 

Choć proste ułożenie wskazówek mówiło, że jest szósta rano, miałam wrażenie, że zostałam wybudzona w środku nocy. Kołdra była cięższa niż zwykle, oczy maksymalnie sklejone, w głowie resztki nocnego snu – kto nie zna tego stanu, niechaj opuści lokal i przejdzie do grupy dla bardziej życiowo zaawansowanych.

Pozostali na pewno wczują się w klimat. Było zimno, padał śnieg, a leniwa Agata szeptała: „Przecież możesz pospać jeszcze godzinę…”

Jakimś cudem nie wybierałam opcji z podszeptów. Poranne ogarnianie, lekkie śniadanie… a te wszystkie karkołomne czynności po to, by dotrzeć na coś, co w grafiku nazywało się „Shape”. Albo po to, by wyjść przed klatkę schodową i przebiec kilka kilometrów. Człowiek to jednak potrafi być szalony.

Jedyne, co mnie kierowało na zewnątrz to nadzieja (a może jednak pewność?), że już za półtorej godziny będę czuć się doskonale. A jeśli nie, to w najgorszym wypadku wykąpię się i wrócę do łóżka. Ale dopiero po wszystkim, kiedy będę mieć już na koncie maleńki sukces.

Pierwsze ruchy podczas porannego treningu są strasznie pokraczne. Ciało jest nierozgrzane, wręcz zesztywniałe. Rozpoczęcie ćwiczeń to drugi moment, zaraz po wstaniu z łóżka, kiedy trzeba się przemóc. Zrobić kilka pierwszych kroków i… poczuć, jak krew zaczyna krążyć szybciej, a oddech zdaje się przyspieszać. To wtedy zaczyna się cała przygoda. Obojętnie, czy robisz steptacz, czy naciskasz na pedał, czy może zaczynasz kroki stawiać szybciej niż na spacerze, bo sobie wymyśliłeś bieganie.


Po co?


No dobrze: ja się tutaj podniecam, ale po co poświęcać pół godziny czy godzinę snu (i to porannego!) na rzecz rozruchu? Zalety mogę wyliczyć w kilkanaście sekund. Zaczęłabym od przyspieszonej przemiany materii przez cały dzień, ale to jest zastrzeżone dla tęczowych instruktorów fitness. Powiem o czymś, co przekładam ponad prędkość przemieszczania się kalorii po ścieżkach przewodu pokarmowego.

Najważniejszy jest stan „po”.

W zależności od tego, jak intensywny był wysiłek, można być (p)obudzonym, lekko uchachanym bądź może odbić konkretna szajba. U mnie, pewnie ze względu na cechy charakteru, kończy się zwykle na tym ostatnim. Szajba objawia się w tym, że po prostu tryskam jeszcze większą radością niż zwykle, ale ma to też bardziej praktyczne zastosowanie. Dotleniony mózg podsuwa ciekawe pomysły. Spowite mgłą zamierzenia, które odeszły w zapomnienie, nagle powracają na pierwszy plan i są niebywale ostre. O wiele łatwiej zabrać się za ich realizację, również dlatego, że…

Rośnie pewność siebie. „Ej, niektórzy dopiero wstają, a ja już ćwiczyłam! A nie chciało mi się tak samo jak im! O rany, będę wysportowana i bogata!”. I w ogóle ach. W sumie to z reguły około południa ten stan opada i wracam do tak zwanej normalności, ale to, co zrobię przez kilka godzin po porannym treningu, może dać efekty później. Jak i sam trening.

Bo oczywiście są też plusy typowo kondycyjne, z czego ucieszą się wszyscy stali czytelnicy fit blogasków. Przyspieszona przemiana materii, lepsza forma i tętno wpływające na spalanie kalorii. To już oklepana sprawa i przerabiana wielokrotnie, więc co tam będę Wam o tym pisać, skoro kalorie to bardziej pochłaniam niż obcinam.

Poranny wysiłek, nawet jeśli nie jest praktykowany każdego dnia, dobrze wpływa na jego przebieg. Po pierwsze, jedną z ważniejszych rzeczy (no, a co, zdrowie nie jest ważne?) mamy zrobioną już o poranku,  a po drugie: na pewno będziemy dobrze spali wieczorem. Nie od dziś wiadomo, że w ramach walki z okresowymi problemami z zasypianiem warto wstawać codziennie o tej samej porze, bez względu na wszystko. To powinno ułatwić padnięcie na pysk w objęcia Morfeusza wieczorem.

Zawsze, kiedy widzę na fejsie poranne podjarane statusy koleżanek i kolegów z instruktorskiego grona, jestem wręcz pewna, że właśnie skończyli zajęcia. Wtedy nakręcam się na zestaw wczesne wstawanie + trenowanie jeszcze bardziej. Mam małą nadzieję, że dzięki tej notce ktoś się zmobilizuje i ruszy któregoś najbliższego ranka podnieść sobie tętno.

Ten ktoś to ja, ale miło, jak będzie nas więcej.

Źródło zdjęcia: klik

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (3)

  1. Stan po jest piękny jak i drzemka do południa. Jak dupa nie chce wyjść spod kołdry, to przypominam jej, że nigdy jeszcze nie żałowała, wręcz przeciwnie- zawsze była z siebie dumna, że się zwlokła na trening.

    No i nigdy drożdżówki nie smakują tak dobrze, jak po porannym tng.

    Za 9 h z hakiem zaczynam obwód, pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *