Pokora. Towar deficytowy

O tym pojęciu słownik mówi krótko. 

„Świadomość własnej niedoskonałości”. „Uniżona postawa wobec kogoś”.

Przykłady, które pokazują, jak bardzo brakuje nam tej ważnej cnoty, można mnożyć. Czy jest jednak sens rozwijać górnolotne przykłady, skoro trudno nam zrobić choćby tak prozaiczną rzecz jak segregacja śmieci, okazując pokorę wobec natury, którą eksplautujemy każdego dnia?

Kiedy ostatnio zaakceptowałeś własną ograniczoność? Kiedy zadbałeś o coś, co każdego dnia wykorzystujesz?

Wszechmoc treningowa

Jeszcze nie mam „zakwasów”, jeszcze mnie nic nie boli. Więc ci mało, ciało. Możesz więcej: tu się wygnij, tam rozciągnij, podnieś tętno jeszcze wyżej. W końcu ból to dopiero początek, a granice można wciąż pokonywać – wszyscy to mówią. Jestem crossfitowym herosem, jestem maratończykiem, jestem panem martwego ciągu… Przynajmniej do czasu pierwszej próby wstania z krzesła, która skończy się bólem. Ten ból to też dopiero początek, na pewno. Początek wizyt u lekarza, recept na maści, przyzwyczajania się do widoku szpitalnych ścian.
 
Nie wiem, co ciało ma robić dla Ciebie. Jeśli zaglądasz na tego bloga, to prawdopodobnie dużo – interesują Cię takie tematy. Pewnie Twoje kończyny dźwigają więcej niż ręce przeciętnego Kowalskiego i śpisz też trochę krócej niż on, bo ledwo skończysz trening, już wstajesz. Może idziesz na zajęcia w piątek wieczorem i w sobotę rano, a na saunę jest ci nie po drodze.
 
Może gonisz własny ogon.
 
Uważam, że w dobie filozofii „możesz wszystko”, skierowanej głównie ku sferze cielesnej, zagubliśmy się. Wierzymy w siebie i w brak ograniczeń. Czujemy się sportowcami, wcale nimi nie będąc, nie przestrzegając jednej z ważniejszych jednostek treningowych: regeneracji. Chcąc rozwinąć swoje ciało, nierzadko topiąc się w próżności, działamy jemu na przekór. Zdrowy styl życia kończy się wraz z bezsennymi nocami, zaburzeniami odżywiania i innymi skutkami zbyt mocnego „trenowania”. Przekonani o własnej mocy nie podchodzimy z pokorą do sygnałów, jakie dają organizmy. Żądamy nieustannego progresu. 
 
Wszechmocni, doskonali. Zmęczeni.
 
 
Instruktorzy z deficytem
 
Zbieramy endorfinowe, pozajęciowe komplementy i lajki na fan pejdżach. Zapraszani na maratony, czujący się inspiracjami, obdarzani zaszczytami i niekiedy stawkami za zajęcia, których pozazdrościć może każdy pracownik etatowy, możemy nie zauważyć, kiedy przestaje nas obchodzić cokolwiek poza czubkiem własnego nosa. Liczy się poklask. To jedyny sposób, by naładować coraz więcej żłopiące akumulatory.
 
Momenty, w których dojrzymy granice własnej zajebistości, wbrew pozorom istnieją. To może być chwila nieuwagi i uraz uczestnika zajęć, to może być mocne słowo od kogoś, kogo kiedyś uważaliśmy za mistrza. Kiedyś – znamienne, w końcu wraz z pozbawieniem się pokory, olewamy również autorytety. Co jeszcze musi się stać, żebyś zatrzymał się na chwilę i zrobił rachunek sumienia? Żebyś zapytał sam siebie: czy nie sprzedałem samego siebie, by otrzymać czyjś podziw?
 
Do tej pracy potrzebne jest zdrowie, które nie może być traktowane jak oczywistego. Może być z tym jak z pieniędzmi, które po prostu raz są, a raz ich nie ma. Co, jeśli któregoś dnia nie będziesz mógł poprowadzić zajęć? Czy poradzisz sobie bez końcowych oklasków, którymi w rzeczywistości nagradzasz siebie, a nie uczestników?
 
Choć w „los” nie wierzę, zakładam istnienie siły, od której nigdy nie będę silniejsza. Dobrze mi z tym. 
Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (8)

  1. Myślę, że jednak największą inspiracją dla Ciebie są Twoi znajomi. Bliżsi i dalsi. :) Bardzo przyjemnie się czyta po dniu regeneracji i dość angażującej porannej obwodówce:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *