Potreningowe wycieczki do lodówki

 

Wchodzisz do domu w akompaniamencie swojego przyspieszonego oddechu. Wita Cię znajomy zapach, a w zasadzie tysiące zapachów. Ciepło bucha na zmarzniętą od wiatru twarz. Wreszcie możesz się rozluźnić… Satysfakcja, że masz w nogach dziesięć kilometrów, przenika rozentuzjazmowane ciało. Przycisk stop na zegarku już dawno spełnił swoje zadanie. Ściągasz tylko wierzchnie odzienie. W mokrych rzeczach siadasz przed komputerem, odpalasz endomondo. Wiesz, że czas na rozciąganie, ale moment, trzeba sprawdzić, jak tam wykres. Przy komputerze leżą paluszki, stoi pół piwa, na talerzu niedojedzony kilka godzin temu obiad. Endomondo się ładuje, Ty wciągasz co jest na stole. Oglądasz, jak zapieprzałeś jako niebieska kropka, pokazujesz wszystkim na fejsbuku dziewczynie, jakim jesteś bohaterem. Rozpierająca energia prowadzi Cię do kuchni. W lodówce tyle pyszności…

Przeżuwając coś niezidentyfikowanego wracasz do endomondo. Potem odwiedzasz kolejne strony. Wstajesz, maszerujesz. Kierunek? Lodówka. Może trochę wody? Internet. Mokre ciuchy. Znowu lodówka. Lodówka pięć razy.

^^^

Któż z nas, aktywnych, nie zna tego uczucia, kiedy pojawia się podekscytowanie na widok otwierającego swe ramiona najważniejszego urządzenia w kuchni?  Głowa krzyczy wtedy: Moje ciało jest gotowe! Mogę zjeść, biegałem!

No, biegałeś.
5 kilometrów. Dwa dni temu.

Jestem przeciwniczką… [Przeciwinikiem. Jakoś lepiej czuję się językowo w rodzaju męskim. Dlatego też wolę być instruktorem]. Przeciwnikiem liczenia kalorii jestem i różne niuanse-bilanse kaloryczne dotyczą mnie tylko w odmianie dodatniej. No ale ja przekładam przyjemności podniebienne nade liczenie ładunków energetycznych i nie dążę do idealnej sylwetki.

Wiem natomiast co nieco o uzupełnianiu kalorii po wysiłku ponad potrzebę. Sporo czasu zajęło mi oduczenie się wypowiadania w głowie „mogę, bo trenowałam!” przy bezceremonialnym wciąganiu tego, co akurat było w lodówce. (Teraz nic nie wypowiadam w głowie. Po prostu wciągam). Jeśli zrobię dwucyfrowy dystans to nadal lubię sobie dogodzić, ale turbodoładowanie węgli po każdym indoorku nie przyniosło mi spektakularnych efektów w postaci kamiennego snu albo świetnego samopoczucia na drugi dzień, więc zaniechałam podobnych praktyk. Każdy powinien zwrócić uwagę na to, czy czasem nie sabotuje swoich działań. Zwłaszcza ten, który chce zostawić kilogramy w dalekiej przeszłości.

Często przeceniamy swój wydatek kaloryczny podczas wysiłku i potem są takie nieporozumienia! Jak sobie wytłumaczyłam, że nie należy reżyserować pobiegowej rzeczywistości jak bohater z początku noty?

Po pierwsze, dwie godziny Indoor Cyclingu czasami tylko wyglądają tak dramatycznie. Owszem, czasem prezentuję się po nich jakbym została przejechana przez walca, a garmin pokazuje milion spalonych kalorii, ale coraz częściej zdarza się, że moje białe oczko w głowie może policzyć tylko metry, które przeszłam po sali. Okres jesienno-zimowy zaczął się pełną parą, więc radośnie stawiam swój rower po drugiej stronie i pożyczam spragnionemu rowerowej rozrywki gościowi.

Po drugie, Organizm przywykł już do pewnych skoków tętna i uznał to jako sytuację normalną. Nie zużywa więc w panice kolejnego tryliarda kalorii (znajdującego się w ptasim mleczku i waflach razem wziętych) na zwykłą już dla siebie przebieżkę. To co mam uzupełniać, jak tak niewiele straciłam? Typowy posiłek wystarczy, przecież to nie był maraton.

Po trzecie – jeśli już tak ktoś lubi matematykę – jest coś takiego jak spalanie brutto i netto. Mogłabym teraz zbagatelizować sprawę i ratując się łatką humanisty, ominąć temat, ale hardo brnę w to dalej. Sprawa jednak tylko wydaje się skomplikowana. Jeśli garmin pokaże mi, że spaliłam na zajęciach 1000 kcal, to tylko, ciężko wzdychając, pukam go w monitorek albo siebie w czoło. To całkowita utrata kalorii. A utrata kalorii netto, czyli z samego wysiłku, to na przykład jakieś 650 kcal, bo te 350 kcal Organizm normalnie sobie zużywa przez taki czas na różne ważne procesy. Obojętnie, czy jadę na rowerze, czy siedzę przed komputerem. Bez niczego w buzi, oczywiście.

Dlatego nawołuję: szanuj swoją pracę! Nie po to wylewasz siódme poty, by po chwili zmarnować to, stojąc spoconym przy lodówce.

To mówię ja!… która na pytanie: „Dlaczego uprawiasz sport?” odpowiada: „Żeby więcej zjeść”.

Fotka: stąd

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *