Praca za biurkiem. Jak nie zwariować?

Szósta rano. Jest ciemno. Po wstaniu z łóżka jak najszybciej starasz się zlokalizować coś ciepłego, by to włożyć i udać się do łazienki. O nie, światło tak razi. Wszędzie żarówki… I tak w każdy zimowy poranek. Przyspieszone tempo działania: śniadanie w pośpiechu, trzy łyki kawy, krzywa kreska na powiece. Klucze. Kluczyki. Trzeba wyjść, nie zdążę!

Jej, jak ciemno. Jak zimno. Kołdra była taka ciepła, a powoli trzeba o niej zapomnieć. Dźwięk odpalanego silnika, czerwone światła hamowania w sznurku aut na światłach. Robi się jasno, ale nie pokorzystasz. Bo zasiadasz za biurkiem, włączasz komputer.

Mija osiem godzin. Zdążyło zrobić się ciemno. Jak to, znowu? Padasz z nóg, nie masz energii, choć przecież nie pracujesz fizycznie. Dźwięk odpalanego silnika na chwilę wyrywa Cię z marazmu. Trzeba się włączyć do ruchu. Zakupy, obiad, jest dwudziesta już prawie. Zima się chyba nigdy nie skończy, a jutro…

Szósta rano. Jest ciemno. Po wstaniu z łóżka jak najszybciej starasz się zlokalizować coś ciepłego, by to włożyć i udać się do łazienki. O nie, światło tak razi…

I pojutrze, popojutrze też. A potem piątek.

CZY TO MOŻE WYGLĄDAĆ INACZEJ?

Ruch. To jedyne lekarstwo.

DO PRACY

można iść pieszo. Nie można? To jechać rowerem. Może nie ma co spodziewać się cudów po pierwszym tygodniu takiego przemieszczania się do biurowca, ale za to już za pierwszym razem samopoczucie jest o wiele lepsze, kiedy zasiądzie się za biurkiem z kilometrami pokonanymi własnonożnie, a nie przy pomocy ukochanego forda.

Wymówka: nie mam czasu rano. Och, jasne. Kwestia priorytetów. Lepiej spać krócej, ale dotlenić się rano, niż po znużeniu jazdą środkiem komunikacji bądź autem, zasnąć przy komputerze po pierwszej godzinie pracy i do końca dnia nadużywać kawy. Poza tym nikt nie powiedział, że podróż na rowerze zajmie Ci więcej czasu. Rower jest ponad korkami.

W TRAKCIE PRACY

Wiem, że każesz mi się puknąć w czółko, kiedy powiem, że można robić przysiady w przerwie albo pobiegać po schodach… Ale już śmietnik można odstawić trochę dalej, by nie podjeżdżać do niego krzesłem, tylko musieć ruszyć tyłek. Napinanie mięśni brzucha podczas siedzenia przy komputerze to też niezbyt wymagająca rzecz.

Wymówka: nie mam czasu ruszyć się w pracy. Cóż – wydaje mi się, że w niczym nie jestem lepsza od Ciebie, a skoro tak, również Tobie pięć minut po każdej przesiedzianej godzinie się należy.

Poza tym nie raz w godzinach pracy musisz iść do kogoś, przejść się do innej części zakładu, a to można zrobić tak, by się pobudzić. Znam kobietę, która – wówczas będąc po czterdziestce – pracowała w szpitalu i kilka razy dziennie musiała skoczyć z oddziału na oddział. Z parteru na szóste piętro. Któregoś razu zrezygnowała z windy zaczęła przemierzać tę odległość na pieszo. „Schodami?” – podśmiewały się koleżanki.

Co robiły koleżanki po miesiącu? Chodziły razem z nią.

PO PRACY

To ostatni dzwonek, by zadbać o swoje zasiedziane ciało. Jeśli znowu wsiądziesz na rower albo przemaszerujesz kilka kilometrów, zdrową dawkę ruchu masz zaliczoną. Super! Jeśli nie, w samochodzie powinna czekać spakowana torba na fitness. A w klubie nie chodzimy pół godziny po bieżni, tylko dajemy sobie solidny wycisk. Głowa ma zapomnieć o stresach i ośmiogodzinnym skupieniu, ciało ma skakać, poczuć przyspieszony puls, dotleniać porządnie wszystkie komórki, być w ruchu – do tego zostało stworzone – a potem lepiej spać.

Wymówka: Po pracy to ja już jestem zmęczony. Tak. Jesteś biedny, smutny, bez energii. Praca wysysa z Ciebie wszystko. To kiedy chcesz żyć? Między piątkowym wieczorem a poniedziałkowym porankiem? Jeśli w pracy siedzisz za biurkiem, Twoje ciało może i jest zmęczone, ale ruch tego stanu nie pogorszy. Wprost przeciwnie.

Jeśli rano wolisz spać do ostatniej możliwej minuty, w pracy wszędzie wozi Cię fotel na kółkach i winda, a po ośmiu godzinach jedyne na co masz ochotę to powrót do łóżka, to na pewno za rok odwiedzisz od razu ortopedę, okulistę, dietetyka i – na dokładkę – psychologa. Oczywiście wszystko prywatnie, bo ile można czekać w kolejkach. A za te pieniądze można było mieć kilka karnetów na siłownię i się do niej pofatygować chociaż trzy razy w tygodniu…

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *