Refleksja na koniec lutego. Teoria wszystkiego

Czasem kusi mnie, żeby zrobić cykl na blogu w stylu „Skrzywienie na punkcie dat”, ale w odpowiedniej chwili przypominam sobie, że to nie podniszczony zeszyt, w którym pod osłoną nocy uprawiam grafomaństwo, tylko blog, na który ktoś czasem wchodzi.

A w lutym to w ogóle powchodziło się.

Spokojnie, tekst nie będzie też analizą mojej stylówy ze zdjęcia.

Nadal nie jestem przekonana do tego, by pokazywać życie na Instagramie, ale skoro już z osoby nie przekazującej czegokolwiek prywatnego w internecie stałam się aktywistą chwalącym się najróżniejszymi rzeczami (od tras treningów po dzieła etatowe), to pewnie niedługo będę mogła pod koniec miesiąca publikować #debestzdjęćzinstawtymmiesiącu. Póki co pozostaje mi przypomnieć Wam, co zainteresowało Was na blogu najbardziej jeśli chodzi o warstwę tekstową #żesiętakwyrażę. Tym samym nikt nie przegapi tekstów, które łudzą się, że kiedyś będą warte miliony.

Zaczęło się dobrze już na początku miesiąca, kiedy to zwierzałam się, jak to działa na głowę Carnival Cycling. Potem delikatnie obśmialiśmy instruktorów, ale najwięcej było dusz zainteresowanych hejtem na Bellę. Miło, że wpadliście. Ach, no i zgadzamy się co do pączków!


TEORIA WSZYSTKIEGO


Zanim oddalę się weekendować, zapytam: widzieliście „Teorię wszystkiego”?

Chyba już wspominałam, że nie jestem specjalistą od filmów, ale z każdego udaje mi się wyciągnąć coś, co potrafię odnieść do swojego życia. Kolejne zdania nie będą odkrywcze, ale jestem pewna, że wielu z czytających kiwnie głową: też tak mam.

„Teoria wszystkiego” to nie jest dla mnie film dobry, wybitny czy taki, o którym będę pamiętać za pół roku i do którego będę wracać. Nie powaliła mnie fabuła, wszystko było bardzo przewidywalne. Wybitny fizyk i jego postępująca choroba to główni bohaterowie, a zaraz po nich uwagę przykuwa kobieta, która decyduje się na trudny związek z tym mężczyzną (siła miłości i te sprawy).

I oglądasz, człowieku, taki film i niby nic Cię nie rusza. A potem myślisz o mijającym miesiącu. O każdym wyjściu z pracy z ciężarem na żołądku, bo coś nie zatrybiło. O każdym „nie chce mi się” przy wstawaniu z łóżka, ale i o pojedynczej zmarnowanej minucie. O każdym sapnięciu na zmęczenie, na niesłabnący apetyt, na ileś godzin siedzenia na tyłku. O przejmowaniu się złośliwą uwagą kogoś, kto nigdy w życiu Cię nie widział i być może nie zobaczy. O byciu niemiłym dla kogoś innego. O marnowaniu sił na analizę rzeczy, na które i tak nie ma się wpływu.

To wszystko się kumuluje w jedną wielką gulę w gardle, kiedy orientujesz się, jak błahe stają się pesymistyczne rozmyślania w obliczu tego, co widzisz na ekranie. Oczodoły zaczynają się niebezpiecznie ocieplać, gdy zdajesz sobie sprawę, że kiedyś możesz nie móc się przytulić do ukochanej osoby, bo wszystkie Twoje kończyny są nienaturalnie wygięte. Że któregoś dnia możesz być zmuszony wydobyć z siebie nieznaną Ci dotąd siłę, by nie opuścić kogoś, kto Cię potrzebuje. Że kiedyś, w wyniku dziwnej przewrotności losu, możesz marzyć o tym, żeby największym zmartwieniem był dodatkowy kilogram. I pewnego dnia chcieć tak bardzo po prostu wsiąść na rower. Pohuśtać się. Cokolwiek. I nie móc tego zrobić.

W tym momencie nota się urywa.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (2)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *