Siła, rzeźba, kondycja – wszystko w jednym treningu

Teren to taka blogowa kategoria, w której mogę Wam opowiedzieć, czym zaowocowało moje ruszenie tyłka nie tylko na własne zajęcia, ale także biegi, treningi przygotowywane przez kogoś innego, imprezy sportowe itp. Dzisiaj kilka zdań na temat treningu funkcjonalnego, na który w końcu dotarłam. Po tygodniach wymówek. Organizm od dłuższego czasu nieśmiało mi przypominał, że tęskni za solidnym nierowerowym wyciskiem i zaprowadził mnie w słoneczną sobotę na pierwszy od miesięcy konkretny obwód.

Trening funkcjonalny zawsze jest dla mnie sprawdzaczem kondycji. Mogę czuć się zdolną do joggingowania nieskończoną ilość minut, podjeżdżania w seated climb z 90% obciążeniem, wreszcie nawet do biegu z prędkością 5:12min/km (nie dalej niż 5 km, huhuhu). Wiem jednak, że to nie jest nigdy wyznacznik tego, w jakiej formie jest moje ciało. Więcej bowiem powie mi to, ile udźwignę w siatkach na zakupy i jak szybko wbiegnę z nimi po schodach. A takich umiejętności nabywa się w muszynowym przekonaniu właśnie na treningu funkcjonalnym. Nawet nie na siłowni, którą odwiedzam częściej bądź rzadziej, bo tam – jakoś tak się złożyło – ćwiczę bardziej statycznie.

Trening funkcjonalny, który lubię nazywać po prostu drogą krzyżową (ze względu na stacje), ma  szereg zalet. Oczywiście mogę zacząć wymieniać, jak zmienia się ciało, jak topi się tłuszcz, jak podkręca się spalanie. To jednak w tym wszystkim jest takim przyjemnym efektem ubocznym – kiedy już wyleczy się głowę z postrzegania każdego wysiłku jako spalania kalorii, można dostrzec inne korzyści płynące z podniesienia czegoś ciężkiego i rzucenia tym w osobę stojącą naprzeciwko (a na ostatnim treningu miałam świetną okazję do rzucania piłką lekarską i odbierania rzutów od trenerki, która gdyby chciała, to by mnie tą piłką  z łatwością załatwiła!).

Korzyści płyną przede wszystkim z intensywności, która podkręca tętno do niemożliwych poziomów. Z reguły w jednej stacji ćwiczy się minutę i odpoczywa kilka sekund – albo i się nie odpoczywa. Chciałoby się powiedzieć „zaledwie minuta”, ale jeśli wspomni się o intensywności tego ruchu, żadne „tylko” nie wchodzi w grę. Wysoki puls daje nadzieję nie tylko na to, że kondycja totalnie wzrośnie, procesy spalania tkanki tłuszczowej będą na wysokim poziomie, ale i na to, że pod koniec treningu nastąpi głupawka śmiechowa albo coś równie przyjemnego. To stan bliski temu, kiedy wychodzisz z klubu fitness prawie tańcząc, bo nawet w piątkowy letni wieczór wciąż nie brakuje osób na zajęciach i wszystkie rowery mają swoich ujeżdżaczy. Leżysz na glebie w mokrych ciuchach z potarganym włosem i kolorem na twarzy, któremu daleko do bladości. W najbardziej hardkorowych przypadkach mogą się zdarzyć nawet „krew, pot i strupy”. Ale kto by nie zapłacił takie ceny za ten stan głowy?

Nieprzypadkowo wspomniałam na początku o noszeniu zakupów. W czasie treningu funkcjonalnego imituje się bardzo wiele ruchów, które wykonuje się na co dzień. Filozofią funkcjonala nie jest ćwiczenie danej partii mięśniowej, ale pracowanie na to, by każdego dnia było prościej wykonywać podstawowe czynności. Ile razy dziennie trzeba się schylić, podnieść coś z ziemi, a nawet unieść ciężar nad głowę? Zdaje się, że szczególnie rodzice wiedzą o czym mowa. Treningowa droga krzyżowa zapewnia efekty, które pomagają w codziennym funkcjonowaniu: podstawowe rzeczy przychodzą z łatwością, przy schylaniu się w krzyżu łupie jakby mniej. Zwykle trening jest zaplanowany tak, że nawet w jednej stacji możemy ćwiczyć wiele partii mięśniowych. Dla przykładu: robiąc przysiad z corebagiem i dodatkowo wyciskając go nad głowę, można wzmocnić nogi, pośladki, brzuch, ręce… a sapnięcie kilka razy przypomina o tym, że pracuje się prawie na beztlenie, co przekłada się na wszystko, o czym wspomniałam wyżej i o czym marzy każdy nabywca karnetu do klubu fitness. Jak również  ten, kto w domowym zaciszu potrafi sobie zrobić konkretny obwód.

Od lat trening funkcjonalny daje mi ten sam stan; obojętnie, czy jest robiony w domu, we własnym zakresie na dworze, czy zorganizowany przez klub fitness. Najpierw mnie wykańcza, a potem sprawia, że jestem z siebie dumna, mam więcej siły, cieszę się dobrym stanem psychicznym. Nie tylko długie wybiegania sprawiły, że mogłam robić życiówki w biegach. Nie tylko godziny na sali Indoor Cycling wzmocniły mnie na tyle, że bez problemu przetrwam długi podjazd w siodle. Elastyczność, wzmocnienie i siłę zapewnia właśnie takie niepozorne poruszanie się po obwodzie. Brakuje Ci kondycji? Chcesz podkręcić spalanie? Odsłonić mięśnie? Wiesz, co robić.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (2)

  1. Pamiętam, jak trenowałam kosza i trener M. Radtke raz na jakiś czas robiła nam obwód twierdząc, że to najlepszy trening. Wtedy każda kręciła nosem… Do pewnych rzeczy widocznie trzeba dojrzeć, dziś funkcjonalny jest w moim treningowym TOP3.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *