Szkolenia a codzienność

 

Rozwój osobisty – wspaniała rzecz, która ostatnio staje się coraz popularniejsza we wszystkich kręgach. Nie tylko wybrane jednostki mogą nauczyć się przemawiać publicznie, zarządzać sobą w czasie i innych pięknie i górnolotnie nazwanych rzeczy. Wiedza jest dla wszystkich. Dodatkowych umiejętności można nauczyć się przez internet, a czasem warto przebyć kilkaset kilometrów, by zobaczyć i usłyszeć szkoleniowca. Każdy kurs kończy się z reguły głową pełną emocji, falą postanowień silniejszych niż te noworoczne i… przeglądaniem ofert następnych wyjazdów, które mają zmienić życie.

Organizator szkolenia na pewno ucieszy się, gdy przelejesz na jego konto kolejne zielone papierki i przybędziesz zdobywać wiedzę. Zanim jednak zaspokoisz potrzebę sprawienia nowego samochodu radości osobie organizującej, pomyśl o sobie. Siebie ucieszysz, kiedy cokolwiek z nowo poznanych treści zaczniesz wprowadzać w życie.

W kursach rowerowych lubię to, że wiedzę z nich naprawdę wykorzystuje się, kiedy już opadną emocje po szkoleniowym weekendzie. Zdobywanie kolejnych szczebli to trzy zjazdy wypełnione treścią, którą trzeba jeszcze we własnym zakresie przeczytać i przepedałować, żeby uzyskać pozytywny rezultat na egzaminie. Istnieją też szkolenia jednodniowe czy weekendowe, które kończą się certyfikatem za samo uczestnictwo – w tym przypadku też z reguły otwiera to nowe możliwości jeśli chodzi o prowadzenie zajęć. Poznaje się bowiem dotąd nieodkryte, tajemne sposoby na walkę z tkanką tłuszczową za pomocą piłki o innym kształcie niż wszystkie dotychczasowe (takie czasy). Wiedza jest więc wprowadzana w praktykę i można z tego czerpać korzyści.

Jest jedna pułapka, która dotyczy bardziej szkoleń dotykających nie tyle sferę fizyczną, co psychiczną. Jadąc na szkolenie, które ma nauczyć inwestowania, dobrych relacji z ludźmi, organizowania sobie czasu, zarządzania budżetem domowym… trzeba pamiętać, że tutaj też nikt za nikogo pracy nie wykona i swoje trzeba przepedałować. Zostaną nam sprzedane treści, które za pomocą charyzmatycznego prowadzącego trafią do nas bardziej niż to samo przeczytane w internecie. Poruszą najgłębiej tkwiące struny. W końcu od tego są. Z dbałości o swój rozwój i pieniądze, warto sprawdzić, czy nie skończyło się na uczestnictwie.

Znam ludzi, którzy szkolą się co drugi weekend. To świetne – lepsze niż siedzenie w domu i marudzenie, że „szkolenie i tak nic mi nie da” – ale nie gwarantuje to sukcesu. Prawdziwe korzyści nie przejawiają się w ilości tekturowych certyfikatów, tylko w tym, ile z tego wprowadzone zostało w życie i zdołało cokolwiek ulepszyć. Kiedy kilka tygodni po szkoleniu nie pamiętasz już, co się na nim działo, dyplom jest wart tyle, co za mała eventowa koszulka, która na zawsze będzie leżała w szafie „na pamiątkę”.

Możesz się nauczyć pisania afirmacji i uśmiechania się do lustra, ale jeśli komuś zazdrościsz do bólu, to wciąż nie lubisz siebie.

Możesz dowiedzieć się, jak rozdzielać pieniądze w słoiczki, ale biorąc telewizor na kredyt, wciąż żyjesz ponad stan.

Możesz wziąć udział w szkoleniu fitnessowym, ale jeśli nie wprowadzisz w swoje zajęcia nic z niego, to okaże się, że po prostu odbyłeś najdroższe zajęcia w życiu.

Płać za szkolenie. I wymagaj. Od siebie również.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (5)

    1. Dziękuję. Jako szkoleniowiec nie zdziałasz cudów za kogoś i nikt nie powinien od Ciebie tego wymagać – odpowiedzialność za siebie i swoje losy to podstawa, a kursy moim zdaniem mają poszerzyć horyzonty i dać narzędzia do samodzielnej pracy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *