Tak mi nie mów

 

„Granice mojego języka są granicami mojego świata” –  Ludwig Wittgenstein

To jedna ze „złotych myśli”, z którymi zgadzam się w stu procentach. To, jak o czymś mówimy, potrafi całkowicie zmienić nasze nastawienie do przedmiotu czy zadania. W końcu słowa to werbalizacja myśli, a myśli – cóż, nawet nie wierząc za bardzo w prawo przyciągania, trzeba przyznać, że mają moc. Wie o tym każdy, kto otrzymał telefon od kogoś po chwili od pomyślenia o nim.

Przyjrzenie się swojemu językowi (i nie mam tu na myśli podziwiania swoich kubków smakowych) spowodowało, że złapałam się na kilku głupich językowych nawykach, które utrudniają i tak już niełatwą sytuację albo nadają rzeczywistości dziwny kształt. Wprowadzają niejasność i niepokój.

O ignorowaniu: Zgadamy się

Mam wrażenie, że to plaga dzisiejszego umawiania się. O ile faktycznie po napisaniu tego słowa „zgadujesz się” z rozmówcą i po dwóch dniach siedzicie na piwie: spoko. Często jednak kończy się to tak, że zobaczymy się za dwa lata, dwóch synów i pięć ślubów. Dziś szczytem odwagi (i świadectwem świetnych relacji) jest przyjście do kogoś niezapowiedzianym, nie pytając go prędzej, czy będzie w domu albo na mieście. Po to są telefony, fejsbuki i inne komunikatory,  żeby się zgadać. I nie spotkać.

O niezdecydowaniu: Jak chcesz

Na lody idziemy czy na kawę? Jak chcesz. O piątej się spotkamy czy o dziewiątej? Jak chcesz.
O losie. Jak tam u Ciebie z decyzyjnością? Miło mi, że chcesz się do mnie dostosować, ale… ale weź.

O zaprzeczaniu: Ale

Wiadomo, tego nie da się uniknąć, ALE… Można ograniczyć. To nie jest „złe” słowo (cokolwiek znaczy „złe”), tyle że czasem przeszkadza. Szczególnie w przypadku, kiedy mówimy o swoich planach. „Ale” wymazuje wszystko, co powiedziane zostało w poprzednim zdaniu i jest idealne dla wszystkich, którzy z wymówkami są na ty. „Zmieniłabym pracę, ale (wymówka)”, „poszedłbym biegać, ale (wymówka)”. Dla niektórych to naprawdę styl mówienia.

Nie mówiąc już, jak dobrym narzędziem do skierowania kogoś do friendzone jest to słówko. „Jesteś świetnym facetem, ale…”. Adresat z pewnością czuł, że taki jest.

O umniejszaniu: Udało mi się

Wolę powiedzieć, że „zrobiłam to”. No chyba że to faktycznie jest fuks… O „udało mi się” więcej mówił swego czasu Jacek Walkiewicz, więc polecam Wam kogoś mądrzejszego ode mnie (co znowu nie jest takie trudne).

O obowiązkach: Muszę/powinnam

Ksiądz na religii mówił, że jedyne co musimy, to umrzeć – to jedyne, co zapamiętałam z tych lekcji. Dodałabym, że prędzej musimy jeść, oddychać i inne fizjologiczne rzeczy ogarniać, wiele z tego robimy nieświadomie. A poza tym? Musisz iść do pracy? Tak, na pewno Twój grafik Cię o tym informuje, ale przecież na to się zgadzałeś, że sto sześćdziesiąt godzin życia w miesiącu zostawisz w korpo.

„Powinnam” jeszcze bardziej kładzie nacisk na to, co trzeba zrobić, choć w rzeczywistości chętnie by się tego zaniechało. Znam takich mistrzów od powinności, którzy niestety w praktyce robią zupełnie coś innego, niż twierdzą, że powinni. Powinnaś iść biegać, ale jesz ciastko. Nikomu krzywdy nie robisz, ale czy czujesz się ze sobą dobrze? „Powinienem” chyba najczęściej wynika z przekonań, które człowiek nazbierał przez całe swoje życie. Czuje mocno, że jest do czegoś zobowiązany, chociaż nie czuje wewnętrznie, że się z tym zgadza. A działanie wedle czyichś upodobań chyba jeszcze nie przyniosło nikomu niczego dobrego.

Naprawdę wolę o wszystkich „musznościach” myśleć jako o czymś, co chcę zrobić. Co zrobię, bo tak zdecydowałam i tak naprawdę tego chcę i nawet, jeśli odczuwam przymus, to nie wzmacniam go jeszcze słownictwem. To banał, ale naprawdę pomaga. Chcę iść biegać. Idę do pracy, bo zdecydowałam się ją podjąć, więc po co w ogóle się użalać?
Nie chodzi o to, by nadawać życiu jakąś totalną sztuczność, bo do dentysty to raczej musisz iść, jeśli masz spuchnięte pół twarzy od zęba, a i niewiele osób powie z całym przekonaniem: „Gorąco pragnę oddawać haracz do ZUS-u!”, ale w przypadku, kiedy do czegoś dążysz, ogromną różnicę robi podejście do zadania.

Niektórym to pomaga: wolą mieć nad sobą bata i czuć się zmuszeni do wykonania obowiązków. Ja wolę myśleć, że mogę i chcę. Co zyskuję? Poczucie sprawstwa, panowania i lżejszą głowę.
A i „zgadanie się” jest jakieś prostsze.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (2)

  1. Chyba ostatnie niespodziewane „wjazdy na chatę” miałam z jakieś 3 lata temu.. Ale to też były wyjątkowe sytuacje, a nie przypadkowa wizyta kogoś, kto akurat przechodził obok. Szkoda.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *