Ten wyjątkowy tydzień przed…

 

– Już nie mogę się doczekać tego weekendu w Poznaniu – powiedziałam, grzebiąc smętnie widelcem w talerzu – przez chwilę nie będzie się trzeba nigdzie spieszyć…

– Nie chcę cię martwić, ale będziemy musieli się spieszyć. I to ostro. Jakieś dwie godziny.

 

Nie da się ukryć: najbliższy weekend nie będzie oznaczał słodkiego wywczasu z brzuchem do góry. Mimo to wiem, że te kilkadziesiąt godzin zadziała na mnie jak kilkudniowe szlajanie się z plecakiem po lesie.

Trudno uwierzyć, że podczas wyjazdu związanego z bardzo dużym wysiłkiem wypoczywa głowa. W chwili kiedy nogi, serce, płuca walczą o przetrwanie bardziej niż podczas zwyczajnego wysiłku, mózg podpowiada najczęściej, żeby natychmiast przestać odstawianie takich cyrków, które materialnie mogą skończyć się wyłącznie medalem, a niematerialnie, w najlepszym wypadku, tylko bólem nóg. Skąd zatem myśl, że można to traktować jak coś sprzyjającemu „resetowi”?

Chyba do końca tego nie wiem. Po prostu półmaraton w Poznaniu to od kilku lat moje małe święto, o czym zresztą już kiedyś pisałam. Obojętnie w jakiej jestem formie i na co mogę liczyć jeśli chodzi o wynik, w grudniu bez wątpliwości rejestruję się na liście zawodników. Bo to tam oddycham najgłębiej i zbieram siły, niesamowicie je wydatkując. To tam, wraz ze startowym strzałem, oficjalnie rozpoczyna się wiosna.

O wyjątkowości tego wydarzenia może świadczyć to, że choć ostatnio mam kłopoty z planowaniem każdego dnia, czas przed poznańską połówką jest już skrupulatnie ułożony. I właśnie o tym mogę dziś napisać. Bo o tym, jak się przygotować do półmaratonu, pisać na pewno nie powinnam. :)

Niedzielny wieczór, czyli ślę gorące pozdrowienia na blogu. Czas, w którym siedzę i piszę do Was, kończąc dyżur przy komputerze i zastanawiając się: czy ktoś z Was też tak przeżywa, kiedy zbliża się jakiś ważny start? Jakże inna będzie ta niedziela za tydzień. Ostatnie, co będę mogła powiedzieć o swoim ciele to to, że jest zasiedziałe. Czuję już małą ekscytację, a to przecież dopiero początek.

Poniedziałek i wtorek to czas krótkich dyskusji z samą sobą i wyrzutów sumienia. Co roku to samo. Może jeszcze mogę coś zrobić? No, poza odmówieniem sobie tego wafelka. Hm, potrenuję może? Tak, krótki mocny trening nie powinien zaszkodzić. Nie powinien? Ech, daj spokój, lepiej pomyśl, w co się ubierzesz… Kończy się na wewnętrznych dialogach.

Środa, poza dwoma godzinami zajęć, to czas przymiarek. W które spodenki się mieszczę, które będą obcierać (na osiemnastym to już każde), który top podejmie wyzwanie sprostania prawu grawitacji. Będzie dobrze, jeśli tego dnia nie zorientuję się – jak co roku – że czuję się choro.

Czwartek. Domyślam się, że to będzie czas nerwowego kalkulowania międzyczasów. Ostatnie podglądanie trasy w internecie i przypadkowe wchłanianie komentarzy o tym, że na początku będzie ciasno, później pod górkę, że negative albo positive split i że dlaczego nie ma darmowej komunikacji miejskiej. Pozytywna myśl o tym, jak blisko linii startu jest hotel (nie, nie Szeraton, szaleni!) zostaje przyćmiona przez Drogę Dębińską i niekończącą się Grunwaldzką. Mimo to – nie mogę się doczekać.

Potem przyjdzie piątkowe popołudnie, a wraz z nim coroczne obiecywanie sobie: nie zajadę się na indoorze! Przecież dwie godziny mocnego pedałowania raczej nie spowodują, że w niedzielny poranek nogi będą popylać na świeżości. Podświadomość jest jednak w tych sytuacjach cudownie zahartowana. Ściągnie na salę najbardziej interakcyjną i najsilniejszą grupę świata, od których moc bije taka, że co najmniej godzinę przejadę z submaksymalnymi fragmentami. Tytytytytyyy…

O poranku w sobotę oczy na pewno otworzą się szerzej niż zwykle. Dzikie. Zadrenalinowane. Ostatnie zakupy na szybko, bo przecież po indoorze w piątek wieczorem już nie chciało się jechać do sklepu. Upewnienie się, że w torbie są rzeczy, plastry, maści, pulsometry, banany (bo przecież w Poznaniu nie sprzedają bananów…?) i że wciąż nie jestem profesjonalistką, bo nie mam kompresyjnych skarpet. Że paznokcie pomalowane w kolorach tegorocznej połówki (szarość i fiolet) i asicsy totalnie do tej stylówy nie pasują. Parada biegowej próżności.

Potem już tylko wesoła podróż, a wieczorem spacer po poznańskiej starówce. Typowe i turystyczne. Poznański gwar, ładnie ubrani ludzie, wiosna, zakochani, Półwiejska, Wrocławska, te babeczki kajmakowe ze Szkolnej to może dopiero jutro. Trzykrotne sprawdzanie budzika. Zaśnięcie o godzinę za późno. Klasyki.

NIEDZIELA. WIELKA NIEWIADOMA, choć plan jest jasny. Uzupełnię tekstem za tydzień.

Pobiegowy wieczór. Poznań pachnie wiosną, zapachy z knajp przypominają o tym, że dziś mogę zjeść wszystko. Mam ciężkie nogi i lekką głowę. Wiem, co będę robić za miesiąc, dwa i trzy. Zwyczajnie mi się chce. Chce mi się wszystko!

I wreszcie poniedziałkowy poranek. W każdy z nich jestem szczęśliwsza niż połowa etatowej populacji, ale ten będzie rozwalał system. Zakładając, że będę w stanie się ruszać, przyziemnie planuję na śniadanie jajecznicę i kakao. Względnie: podbój świata.

Tydzień przed półmaratonem: czas start.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (4)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *