Terenowa Masakra 2018. Relacja dla tych, którzy się boją

 

Podniesienie szklanki z napojem i mycie zębów kosztuje o wiele więcej siły niż zwykle, a każde wstanie z krzesła wymaga dokładnie przemyślanych ruchów. Oczywiście można to zrobić spontanicznie i w sposób nieprzemyślany, ale Organizm zaraz przypomni, gdzie go wczoraj zabrałam.

I jak życie nabrało innych barw. Szczególnie życie kolanowe:

Jeżeli po zobaczeniu tego zdjęcia wciąż tu jesteście, zapraszam na wycieczkę w teren – wreszcie z własnej perspektywy mogę opisać, co czuje się podczas pokonywania trasy Terenowej Masakry.

Terenowa Masakra 2018 – relacja

Czekając na start można było przyjrzeć się, jak pierwsze przeszkody pokonują śmiałkowie z poprzedzających naszą fal. To tylko podkręcało emocje i obawy. Jak się później okazało, to głowa pokazywała mi najczarniejsze scenariusze i w czasie biegu kilkakrotnie złapałam się na myśli: Myślałam, że będzie gorzej. Nie oznacza to, że lajtowo pokonałam sobie hardkorowe dziesięć kilometrów, ale na pewno nie byłam tak bliska nieukończenia, niedotlenienia i śmierci, jak chciał mi przed Terenową Masakrą wmówić mózg.

Bieg roboczo został nazwany naukami przedmałżeńskimi w terenie, bo to M. namówił mnie na 10 km (zamiast 5) i w zamian zobowiązał się wspierać mój tyłek szczególnie podczas wspinania się na różne dziwne ściany, w które trasa obfitowała. Po tych dziesięciu kilometrach plany odnośnie wspólnej przyszłości mamy niezmienione – niejedna planszówka bez udziału błota i bagna jest bardziej rozwodowa niż Terenowa Masakra.

Wraz z wystrzałem ogłaszającym start załączyła się adrenalina i wreszcie poczułam ulgę, że to się zaczyna, a nie odbywa się w mojej głowie. Po pokonaniu pierwszej pionowej ścianki uspokoiłam się po raz drugi. Nierozsądne byłoby jednak osiąść na laurach po pierwszej przeszkodzie… Już druga solidnie mi dokopała, gdyż niefortunnie zeszłam (a właściwie zjechałam) ze ścianki w kształcie trójkąta, ścierając sobie łokieć, który czułam już do końca biegu. To był jednak dopiero początek.

Idziemy w las

Po pierwszych pięciu przeszkodach wbiegaliśmy w las i to tutaj odbyła się prawie cała pierwsza część biegu.

Wiele przeszkód, które wydawały mi się trudne, kiedy tylko na nie patrzyłam, okazało się prostszymi do zrobienia niż te podświadomie przeze mnie zignorowane. Jednym z terenowych przystanków, nad którym się wiele nie zastanawiałam, była siatka z lin, na którą trzeba było się wspiąć i zejść z drugiej strony.

Pomoc innych zawodników ograniczała się tylko do naciągania lin na dole, dzięki czemu siatka była bardziej stabilna, ale poza tym trzeba się było z tym zmierzyć samemu. Wyglądało na prostą sprawę. Skończyło się dreszczami na samym dole i tętnem poza wszelkimi granicami. Pewnie zostałabym tam, stojąc w ciężkim szoku, ale trzeba było biec dalej…

Po to, by za kilkaset metrów zobaczyć znowu zobaczyć taką samą przeszkodę, trochę wyższą. To był pierwszy moment, w którym chciałam się rozpłakać i poczułam się oszukana. :D Byłam już u góry, wystarczyło tylko przerzucić nogę, a mi zablokowała się głowa, zaczęłam za dużo myśleć, kombinować i ostatecznie rozważałam zejście tą samą stroną. Ale mówię: No, cholera… Zejście i tak będzie mnie kosztowało tyle samo siły, to chociaż zejdę po drugiej stronie…

Zaliczone, przez następny kilometr wyczerpałam cały zapas wulgaryzmów.

Wąwóz Bydzia

Co zaskakujące (albo wcale nie…) to nie przeszkody, a ukształtowanie terenu dawało najbardziej w kość – pewnie szczególnie niewybieganym uczestnikom. Pieńki, gałęzie, strome wspinaczki, klimat trochę jak w Igrzyskach Śmierci… Byłam naprawdę zaskoczona, że Organizm to kondycyjnie wytrzymuje i że nie skapitulowały mi mięśnie nóg, gdyby tak było, to po ptakach. Po drodze na tym odcinku przykro było patrzeć na kontuzjowaną damę i zawodnika, który starł opuszki palców: rękawiczki to jest naprawdę dobry pomysł…

Leśny odcinek obfitował również w przeszkody polegające na podciąganiu się czy tachaniu ciężkich rzeczy. Podczas tych pierwszych dopingowałam tylko M., sama kapitulując po jednej próbie – na szczęście w wielu przypadkach, jeśli była próba, nie doliczano czasu za niepokonanie przeszkody. Przy dźwiganiu było różnie – raz zaskakująco lekko, raz po mordzie. Kłoda, którą dźwigaliśmy we dwoje, styrała mnie bardziej, niż się spodziewałam… Ale najlepsze jest to, że choćby nie wiadomo jak dostało się od jakiejś przeszkody, wie się, że trzeba cisnąć dalej!

Robi się wilgotno

Momentem, w którym zrobiło się już bardzo wszystko jedno i w którym dla mnie na dobre rozpoczęła się zabawa, było pierwsze bajorko. Jak już masz mokre buty, bo właśnie pokonałeś dzikie chaszcze, to kolejnym szokiem może być już tylko zmoczenie gaci – co również nadeszło w niedalekiej przyszłości.

Dwie pomarańczowe liny nad zbiornikiem wodnym dla pań, dla panów jedna. Trzeba się przedostać na drugą stronę. Jakoś wlazłam na drzewo, przedostałam na  liny, było o wiele pewniej niż się spodziewałam. Do pewnego momentu. Przy którymś moim kroku w ułamku sekundy usłyszałam trzask zrywanego materiału i poczułam, że nie mam gruntu pod stopami. Nawet nie ma czasu się zorientować, że lecisz…

Witamy na Terenowej Masakrze, właśnie pokonała pani przeszkodę w trochę inny sposób niż zakładano – to się nazywa destrukcja! Wolontariuszki miały poczucie humoru i zapewniły mnie, że to nie wina mojej wagi. :D Niestety, kolejne panie musiały pokonać tę przeszkodę po męsku. Wątpię jednak, by dla takich harpaganów był to problem!

Kolejne wodne zabawy typu topienie bali drewna, tarzan (kogo chcesz dziewczyno, ja wiem…) i wodny niestabilny mostek to była dobra zabawa w zaskakująco ciepłej wodzie. Skakania w workach na plaży może nie będę wspominać jako radochy życia (trauma z wfu), ale akurat spotkałam tam mamę (nie, nie skakała w worku :D) i przynajmniej mam teraz z czego się nabijać, widząc swoje zdjęcia z tego odcinka.

Jeszcze jedna górka

Warte uwagi są na pewno baseny błotne (I tak postał chocapic) oraz przeszkoda o wdzięcznej nazwie Dupozjazd. Wspaniałe uczucie, kiedy znowu jest okazja bawić się jak dziecko, nawet jak na końcu zjazdu znosi dzieciaka w lewo i zjeżdża sobie plecy na ostrej trawie.

Lokalizacja tych przeszkód mówiła o tym, że powoli zbliżamy się do końca trasy: jeszcze tylko jedno czołganko, jeszcze wciąganie się po sznurze na most (M., szacunek do końca życia), jeszcze jakieś tańce z oponami (Jak zobaczysz jakąś z dobrym bieżnikiem, to pamiętaj, że potrzebujemy do samochodu), nabieranie wiadrami wody i wylewanie na siebie, jeszcze tylko…

Pionowe ścianki, nienawidzę Was

Gładką ściankę na początku trasy, w porównaniu z kolejnymi tego typu, pokonywało się stosunkowo łatwo. Rozumiem, że na Terenową Masakrę zgłaszają się drużyny większe niż nasz duet i takie ściany nie stanowią kłopotu – jeśli nie jest się harpaganem podciągającym się na tym samodzielnie, warto naprawdę mieć ekipę. Ja mogłam liczyć na pomoc M., ale zejście w większości przypadków było we własnym zakresie i każde obtarcie sprawiało, że moja niechęć do tych przeszkód pogłębiała się. To jedna z tych ścianek pod koniec biegu spowodowała moje łzy wkurwienia. Aż sama byłam zaskoczona taką chwilową reakcją, chyba te emocje w końcu chciały gdzieś spłynąć… Częściowo zaokrąglona ścianka to jedyne miejsce, w którym wolontariusz poprosił o mój numer startowy i zapewne doliczono mi sekundy do czasu. Miałam wrażenie, że próbę przypłaciłam spłaszczoną twarzą.

I to już

Ostatnią przeszkodą Terenowej Masakry była poniższa siatka, a moja głowa już tak zwariowała, że kombinowałam, którą stroną zejść, choć było to w zasadzie oczywiste… W sumie nawet, gdybym postanowiła się skulać, nie byłoby to znaczące upodlenie.

No i o, to już, zrobione. Stawiliśmy się na metę w zaskakująco dobrym stanie. Styrani, ale – co nie dziwi – zupełnie inaczej niż po ulicznym biegu. Chyba jakoś… sympatyczniej?

Żebym była dzisiaj okazem zdrowia fizycznego to nie mogę powiedzieć, ale psychicznego jak najbardziej. Mimo kilku porażek na trasie wiem, że jestem sprawniejsza niż mi się wydawało i morale znacznie wzrosły. Mnóstwo moich siniaków wynika z amatorstwa, pewnie można było pewne przeszkody pokonać mniej inwazyjnie, ale kto by myślał podczas takich emocji, żeby nie walnąć sobie balem drewna w piszczel?

Organizacja i klimat Terenowej Masakry zasługują na duży plus. Na trasie można było się napić wody i to nie tylko tej z bajora, a wolontariusze byli bardzo pomocni. Zachęcam do udziału tych, którzy się wahają czy boją – naprawdę większość rzeczy wydaje się przerażających, ale jak już przychodzi czas, by się z nimi zmierzyć, to się to po prostu zrobi. W lepszym czy gorszym stylu, nieważne! Mnie to  doświadczenie było bardzo potrzebne. Super sprawdzian dla psychiki, inna forma trudności niż w codziennym życiu pełnym rutynowych spraw.

Doskonała okazja, by pomyśleć o sobie trochę cieplej. :)

Choć nie towarzyszy mi myśl, że za rok zrobię to samo, to z czystym sumieniem (bo nie odzieniem!) polecam Terenową Masakrę.

 

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (2)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *