Trening na maszynach też jest dobry

 

– By się na bloga napisało, ale nie mam weny.

– Może po treningu nadejdzie. :)

– Taa, spompowana… ;d

– Nigdy nie wiesz, kiedy wejdzie chęć tworzenia

Racja. You never know!

Dobrze sobie przypomnieć, że ma się odwodziciele i przywodziciele, a także gdzie leży gryf łamany, a nie tylko magiczny kabelek, który – podłączony do odpowiedniego sprzętu – pozwala odpalić zajęciową vixę. Widok dzielnych tytanów pracy, którzy po 16:00 przybyli arnoldkować oczywiście natchnął mnie niesamowicie.

Nie wiem, czy to się da odczuć tylko czytając moje wypociny (bo mając  mnie w pakiecie mieszkaniowo-rodzinno-przyjacielskim, to na pewno się da): często mam tak, że moja racja jest najmojsza i nie bez powodu mym ulubionym kubkiem jest ten, na którym przeczytać można: „Well… you can agree with me or… be wrong!!”. Innymi słowy: jeśli przyczepię się do jakiejś teorii i uznam, że ma pokrycie w rzeczywistości, to zaciekle jej bronię i odrzucam przeciwne. Z innym podejściem trudno byłoby pisać bloga, heh.

Ale czasem zdarza się, że zmądrzeję, zrzucę z oczu kubotki, spojrzę z szerszej perspektywy. I tak właśnie było w przypadku treningu na maszynach, z użyciem maszyn, z maszynami – zwał jak zwał. Kiedy jako nieopierzony tłuścioszek poszłam na siłownię, maszyny były dla mnie ośrodkiem nudy i uciemiężenia, więc dosyć wcześnie uciekłam czem prędzej ze świątyni żelastwa i wytapiałam co trzeba na zumbie treningach funkcjonalnych. Bardzo sobie to chwalę do dziś, ale już nie uważam, że maszyny są straszne, a jedyną słuszną formą kontaktu z siłowniowym obciążeniem jest sztanga.

Nie uważam również, że maszyny są prymitywne, bo chyba tak powiedziała jakiś rok temu trenerka wszystkich Polek. Biedna, chyba nie to miała na myśli, a ćwiczące internety ją zjadły po raz kolejny.

Do rzeczy, Muszyńska…

Maszyny są bezpieczne – to ważne zwłaszcza dla osób początkujących. Zwykle się na nich siada (bez obaw, płaskodupie nie grozi; na każdej siłowni jest magiczny sprzęt do gluteusów), robi izolowany ruch i naprawdę trudno coś spieprzyć, jeśli nie jest za ciężko –>  jeśli ćwiczący nie palmuje i nie próbuje dorównać panu, który w rogu sali swoimi sapnięciami pokonuje w decybelach tego gościa, który mu wyje w słuchawkach. Maszyna to lepsze rozwiązanie dla kogoś, kto przy pierwszej styczności z hantlem (tak, to rodzaj męski. Żadna hantla!) upuszcza ją sobie na stopę, bo tak ma. Chyba każdy zna kogoś, kto ciągle coś upuszcza, o coś się przewraca, coś mu spada, o coś zahacza? Poza tym nawet bardzo zaawansowani bywalcy siłowni wybierają czasem maszynę, bo potrzebują, by ich mięśnie popracowały w jednej płaszczyźnie ruchu.

Jasne: wolne ciężary pozwalają na szerszy zakres ruchu, oddziałują na więcej mięśni, zmuszają ciało do walki o ustabilizowanie się. Ich zalety są ogromne, ale trzeba pamiętać, że to nie powód, by Baśce, co chce zacząć chodzić na siłownię, odradzać z marszu maszyny. To tak jakby kogoś, kto zaczyna się zdrowo odżywiać, krytykować za zmianę czekolady na owoc, bo owoc też ma cukier, który w nadmiarze jest kłopotliwym dziadostwem.

W sumie to chyba bardziej tłumaczę to sobie sprzed paru lat niż Wam. Ale i tak obie Muchy nadal uważają, że nogi wolimy zrobić przysiadami, sztangą i wykrokiem. To żeby się ze sobą przypadkiem nie pokłócić, kończę. Niech Moc, Siła i Glutamina będą z Wami.

 PS. Pamiętacie, że  bardziej znam się na Indoor Cyclingu niż na treningach siłowych i to, co piszę, opieram tylko na swoim doświadczeniu osoby chodzącej na siłownię, ale nie prowadzącej treningi, no nie? Jednak jeśli komuś potrzeba porady, to znam kozackich speców z tego świata i oni chętnie rozwiną temat jeśli będzie potrzeba. A  fotka cudownie wkomponowująca (?) się w bloga ma swoje źródło tutaj. Ahoj!

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (4)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *