fbpx

Ćwicz z miłości do swojego ciała, a nie z nienawiści do niego

trening-za-karę

 

Wchodzisz do klubu z torbą, która zbyt mocno obciąża ramię. Włożyłaś do niej buty, bidon z wodą i wyrzut sumienia po weekendowej imprezie. Pomyślałby kto, że masz na koncie wstydliwe rzeczy, po których trudno spojrzeć w lustro.

A Ty „tylko” za dużo zjadłaś w sobotę i pamiętasz to jeszcze w poniedziałek. Zatem: czas się ukarać.

E tam, zaraz „ukarać”, w ogóle tak tego nie postrzegasz, prawda? Po prostu trzeba zrobić deficyt kaloryczny, wypocić to, co było tak smaczne dwa dni wcześniej.

Hm, wypocić. Jaka jest różnica między zwróceniem tego kilka godzin po jedzeniu? Taka, że Twojego zachowania nie nazwano jeszcze koleżanką bulimii? Bigoreksja to temat na oddzielny tekst, dziś czas na omówienie nastawienia, które wygląda niewinnie, a właśnie do poważnych zaburzeń może prowadzić.

Wysłuchaj wersji dźwiękowej:

Pobierz odcinek podcastu

Music by Dural from Fugue

 

Gdy bycie fit idzie w złą stronę

Ćwiczenia za karę

Nie trzeba pływać w odmętach Internetu, aby wiedzieć, że ćwiczenia za karę to codzienność niejednej osoby i prawdopodobnie nie tylko kobiet. Nie bez powodu dostaję mnóstwo pytań o to, ile można spalić kalorii na indoor cyclingu, a tekst o tym jest najczęściej odwiedzanym na tym blogu przez użytkowników Google. Podczas gdy ja w IC widzę radość, jedność i ekscytację, inni widzą liczby na pulsometrze i na wadze.

Podejrzewam, że ćwiczenie z niechęci do swojego ciała nie jest Twoją winą. Być może po prostu mocno przesiąkłaś boom-em na aktywność fizyczną, dietę i szczupłą sylwetkę. Miało być niewinne machanie nóżkami przed telewizorem z ulubioną trenerką, a skończyło się na biciu rekordów na crossficie do bólu fizycznego, bo przecież no pain, no gain. Czy po to, by zagłuszyć ból psychiczny?

 

Czy emocje można… zaćwiczyć?

Ćwiczenie jest świetnym sposobem na rozładowanie stresu, ale jak we wszystkim: gdzieś jest ta granica. Ja naprawdę za dużo widziałam w klubach fitness i na sali IC. Dziewczyny, które nie piją podczas zajęć, dziewczyny katujące się obciążeniem, co nie zawsze ma sens. W imię czego? W imię liczby na wadze. Witamy w świecie treningów jako kary za niesubordynację wobec jadłospisu

Idziesz na zajęcia w złości na siebie i dokopaniem sobie fizycznie masz zamiar się ukarać za to, że wczoraj zjadłaś bezę. Chcesz, aby poczucie winy spłynęło wraz z potem – brzmi gorzej niż średniowieczny religijny rytuał. Dlaczego na treningu musisz coś tracić? A może na to spojrzeć pod kątem: trening może mi coś dać? W wielu aspektach życia chcemy zyskiwać, tylko nie w aktywności fizycznej, tu trzeba się wiecznie czegoś pozbywać. Jeśli nie kilogramów, to poczucia winy i stresu związanego z „żywieniowymi grzeszkami”.

Emocje, które nie do końca Ci leżą, bardzo łatwo wymierzyć w kogoś, ale najprościej w siebie, bo masz najbliżej. Przy wrażeniu, że tracisz kontrolę w innych aspektach życia, ciężkie ćwiczenia dają złudzenie panowania nad swoim życiem. 

I niby powinnam się cieszyć, że niektórzy wciąż traktują trening jako karę, bo przecież nam – instruktorom – nigdy nie zabraknie godzin. Jednak mnie to smuci cholernie, że coś, co może dawać tak dobre emocje, sprowadza się do liczb wyznaczających spalone kalorie i przykry obowiązek.

 

Poruszałbym się, ale tak szybko się zniechęcam…

Błędne koło, ostre jak brzytwa

Wkurza mnie to, naprawdę mnie to wkurza. Co z tego, ze najpopularniejsze trenerki powiedzą Ci, że endorfinki są super, skoro na kolejnym zdjęciu wypną się do obiektywu i będą prawić o samoakceptacji w kierunku Twojej pupy, na której są dwie rozstępowe szramy? Widząc takie komunikaty, będziesz dwa razy dłużej leczyć się z traktowania ćwiczeń jako zło koniecznego i wypacania jedzenia. Czy naprawdę zjedzenie czegoś smacznego musi równać się godzinie ćwiczenia na siłowni, bo przez byle kęs ma się takie odczucia wobec siebie? A po tej godzinie przecież i tak zgłodniejesz.

Dlaczego ja nie przekroczyłam tej cienkiej granicy? Pomógł kontakt ze sobą. Dokopanie się do tego, co stoi za tym, że tak satysfakcjonuje mnie ból przetrenowania. Sprawdziła się aktywność, w której słyszałam własne myśli. Bo wśród głośnej muzyki fitnessu i krzyczącego instruktora nie można się usłyszeć. Wiem, przecież sama prowadzę takie zajęcia.

Nożem można posmarować chleb, nożem można zabić. Aktywnością fizyczną też trzeba umieć się posłużyć, aby nie zrobić sobie krzywdy i wyciągnąć z niej wszystko, co najlepsze. A takie autodestrukcyjne działanie, o którym dziś mowa, może mieć naprawdę głębokie podłoże.

Jeśli sprawa Cię dotyczy, pewnie Cię zawiodę, ale nie przedstawię Ci „trzech gotowych rad na to, jak pokochać swoje ciało/zacząć ćwiczyć z radością”. To nie jest praca na jeden tydzień, dwa treningi, trzy postanowienia. Czasem to żmudna praca nad miłością do swojego ciała, albo chociaż nad próbą nierobienia mu krzywdy. No i tej pracy nie wykonuje się z jakąś blogerką, nawet, jeśli wypuści kurs online, bo sama to przeżyła.

 

Ćwiczenia z miłości. Albo chociaż z troski

Boisz się, że jeśli zaczniesz ćwiczyć z troski o swoje ciało, nagle przestanie Ci się chcieć? Złość i niechęć nakręca Cię bardziej? A może sama wizja troszczenia się o siebie powoduje, że ogarnia Cię pusty śmiech? Ogólnie to… nic na siłę, ale może jednak żyłoby się milej bez tego ciągłego poczucia winy.

Twoje ciało zrobiło dla Ciebie mnóstwo rzeczy, o których może już nie pamiętasz. Dzielnie znosi pracę przy komputerze, wprowadza Cię na górskie szczyty, daje rozkosz dzięki podniebieniu lub innym częściom ciała. Alarmuje o kiepskim zdrowiu. Może sprowadziło na świat nowe życie albo wprowadziło Cię na sportowe podium. Chciałabyś, aby służyło Ci jak najdłużej i było w dobrym stanie, a ćwiczenia doskonale Was w tym wesprą – o ile pozwolisz.

Twoje ciało na smaczny posiłek nie musi zasłużyć godzinnym wyciskiem.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *