„Ty, ja nie biegnę. Toć to pada” – czyli 9 PPM

 

Dzień dobry, jestem lamą.

Nie żebym była tym specjalnie zaskoczona, w końcu przebywam ze sobą już dwadzieścia parę lat. To po prostu idealne przywitanie na dziś. Mimo to zapraszam na wycieczkę na trasę 9. PKO Poznań Półmaratonu.

Jest poznański poranek, otwieram oczy i pierwsze co widzę, to błękitny skrawek nieba przysłonięty kilkoma zielonymi listkami. Mój wewnętrzny termometr szacuje, że na dworze jakieś osiemnaście stopni Celsjusza… Co tu będę dużo opowiadać, lepiej pokazać:

 Poznań

Tak, tyle że to poniedziałkowy poranek. Niedzielny – startowy – wyglądał zgoła inaczej. Tutaj już bez zdjęć, za to sms na dzień dobry od innego biegacza: „Ty, ja nie biegnę. Toć to pada”. Zdrowo wybuchnęłam śmiechem, jednak deszczu to nie wystraszyło. Pozostało odziać się w róż, odwiedzić toaletę czwarty raz i stwierdzić, że okoliczności jelitowe sprzyjają, spleść włosy, łyknąć kawę, stawić się na rozgrzewce. 

Po dziesięciu minutach oczekiwania na start biegacze mieli co najmniej mokre koszulki. Ci bardziej nadgorliwi stawili się na starcie już o ósmej trzydzieści i prawdopodobnie mieli wilgotne, że się tak wyrażę, gacie. Może Malta się obraziła i zesłała na nas dja deszczu strugi…? Sprawy nie uprzyjemniał fakt, że oczekiwanie na start wydłużało się, poznański debiut w puszczaniu zawodników strefami pewnie skłoni organizatorów do refleksji. Zaznaczyć jednak trzeba, że wciąż czułam się wyśmienicie. To pewnie nikogo nie zaskoczy: wbrew pozorom deszczowe warunki są korzystne dla biegaczy – przynajmniej w moim odczuciu. Wolę to niż fatamorganę na piętnastym.

Strzał. Przekroczenie linii startu. Pierwszy zakręt, na którym nie można było biec z powodów ciasnoty i pierwsze komentarze „e, Roman, tego już nie nadrobimy”. Czy i moje życiówkowe skrzydełka zaczęły opadać już tam? Po pierwszym kilometrze byliśmy w tyle i wciąż trudno było wyprzedzać, jednak przecież to dopiero początek – mój zając podjął próbę ratowania wyniku. Trzeci, czwarty, piąty kilometr dawał jeszcze nadzieję, ale potem zdarzył się kolejny ciaśniejszy fragment, a mi na nadrabianie wyniku w tempie 5:20min/km po prostu zabrakło sił. Nie ma tu miejsca na głębsze rozmyślania, tłumaczenia (ciężkie buty :)), wyjaśnienia. Odpowiednio przygotowany Organizm wyprzedzałby jak torpeda nawet na ścieżkach ciasnych jak moje portki z liceum. Byle podbieg by go nie zmęczył, nie demotywowałaby agrafka. Mój kompan walczył o docelowe 5:30, a ja dosyć płynnie zaczęłam schodzić do 5:40, 5:50, 6:00… Jako że nie udało mi się go przekonać, żeby sobie darował i cisnął do przodu, zając przeobraził się w ślimaka i pełzaliśmy dalej razem.

Kiedy byłam już po drugiej stronie pieprzonej agrafki na siedemnastym kilometrze (a mimo spadającego tempa stało się to dosyć prędko) i pojawiła się świadomość, że to ostatnia prosta, siły wróciły. Oczywiście już nie na tyle, by docisnąć i wylądować na mecie po mniej niż dwóch godzinach od startu, ale na tyle, by bieg sprawiał tę endorfinową radość. Wewnętrznie trochę żałuję, że nie zawalczyłam. Podświadomie mam wrażenie, że stać mnie było na więcej i zwyczajnie odpuściłam. Zabrakło serca do biegu, tak jak i brakowało go do biegowego treningu. Nie zmienia to jednak faktu, że ostatnia prosta na Grunwaldzkiej to mój faworyt na tej nowej trasie i przeżyłam go świetnie, całkowicie zapominając o myślach sprzed kilku kilometrów. Przybyło kibiców, na dziewiętnastym ryknęła z głośników Luxtorpeda, doprowadzając mnie do solidnego wzruszenia. Na dwudziestym już tylko uśmiechy od i do kibiców, piątki… „Już tylko ostatnie 200 metrów” – słyszałam dochodzące z MTP dźwięki. To było najdłuższe 200 metrów w moim życiu, biorąc pod uwagę, że słyszałam spikera już na dwudziestym kilometrze. Paradoksalnie, końcówkę biegło mi się dosyć… lekko. Meta!

Dwie godziny i siedem minut. Kiedy do „personal best” brakuje dziesięciu minut nie można mówić o przypadku czy zbiegu okoliczności. Pewnie powinnam traktować to w kategoriach porażki, bo tak naprawdę to w ostatnim czasie jedna z pierwszych rzeczy, którą mocno postanowiłam i nie zrealizowałam jej.  Jednak cała otoczka biegu była zbyt pozytywna, by mianować ten start „porażką”. Ale na pewno jest nią myśl, że nie dałam z siebie 100%. Na tę chwilę nie żal mi chyba tego, że nie zrobiłam życiówki, ale… tych zmarnowanych okoliczności. Deszczu, który w sumie był świetnym zaskoczeniem, dobrego samopoczucia przed (fizycznego i psychicznego), przyzwoitej wagi, tej nadziei i zapału. Wróciło do mnie wszystko, czego nie było przy kilku ostatnich biegach i… i co z tego, nie przełożyło się to na wynik.

Poznań Półmaraton

Pozostaje niedosyt i trochę radości, że sprawiedliwość w tym sportowym świecie jednak istnieje. Tabatami i zajęciami IC oraz okazjonalnym bieganiem nie zasłużyłam na życiowy wynik w półmaratonie. Pytanie tylko, czy już zrezygnowałam, czy wydobędę z siebie ostatnią biegową ambicję i docisnę to jeszcze w tym roku.

Póki co ta czekolada leżąca obok mnie mówi, że to wątpliwe.  Co mnie jednak obchodzi czekolada, skoro w głowie tkwi wizja ponownego nazwania siebie lamą w grudniu przy podsumowaniu roku?

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (4)

  1. Ale ruszyłaś dupę od planszy, czego wiele osób nie jest w stanie zrobić. A HALF to coś więcej niż niedzielne truchtanie. A jak się uprzesz to i życiówkę w tym roku jeszcze strzelisz – okazji jest sporo: Bydgoszcz, Piła, Wronki, Unisław……

  2. Ależ podobnie miałem na połówce praskiej w Warszawie. Miałem nadzieję, a później już tylko mijali mnie kolejni pacemakerzy a ja wylądowałem z fatalnym czasem na mecie. Ale… z nawiązką to sobie „odkułem” jakiś czas później :D więc… Co się odwlecze, to nie uciecze…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *