Ty też boisz się być pierwszym?

 

Letnie przedpołudnie. Ciało ledwo oddycha w marynarce, bo za oknem jakieś pięćdziesiąt stopni Celsjusza. Zanim poczuję wakacje, muszę jeszcze odpękać egzamin ustny. Taka przysługa ze strony wykładowcy, że możemy ustalić między sobą kolejność.

Kiedy docieram pod drzwi sali egzaminacyjnej, od razu staję się świadkiem dyskusji na temat kolejności wchodzenia na wielką przepytkę. Tym razem nikt nie chce iść na pierwszy ogień.
Chcę otworzyć usta, by powiedzieć, że może ja, ale wyprzedza mnie kolega, który wypowiada te wzbudzające bardzo duży szacunek słowa: „Ja mogę, przecież i tak nic nie umiem”. Słychać kilka głębszych wydechów świadczących tym, że ich właścicielom ulżyło.

Po kwadransie kolega wychodzi… z tróją w indeksie. Zdał, ma wakacje.

Pozostali zasypują go pytaniami, jakby jeszcze było mu mało zdań zakończonych pytajnikiem wypowiadanych w jego kierunku w ciągu ostatnich piętnastu minut. Oczekujemy podobnego rezultatu w indeksie. A ktokolwiek mógł być już na jego miejscu.

Och, faktycznie. Lepiej nie wchodzić pierwszym, tylko piątym czy ósmym, karmić się relacjami tych, którzy wychodzą podłamani z tego pokoju obnażającego stres i niewiedzę, siedzieć na uczelni godzinę czy dwie dłużej. Zamiast, wchodząc na egzamin z głową wolną od spekulacji, zaliczyć to w pół godziny i mieć wolne przedpołudnie. Mieć wakacje.

***

Kurs Basic. Wreszcie tam jestem, stoję, jadę! Będę instruktorem! Wokół mnie mniej lub bardziej rowerowi ludzie, z większą lub mniejszą zajawą na tę odmianę zajęć. Pierwszego dnia wszyscy są spokojni, bo mówi i jedzie tylko prowadzący. Jazda zaczyna się drugiego dnia, bo trzeba pojechać kilka minut z grupą.

Szkoleniowiec pyta, kto poprowadzi rozgrzewkę, czyli rozpocznie całą zabawę.

Cisza. Zawstydzeni instruktorzy nagle gubią swoją przebojowość i zaczynają błądzić wzrokiem po ścianach. Rzepy na butach kolegi obok są bardziej interesujące niż rower na podeście. Zanim zdołam się zorientować, moja ręka wystrzeli w górę niczym górna kończyna Hermiony na zajęciach eliksirów, a po chwili siedzę na rowerze i prowadzę rozgrzewkę.

O znalezienie drugiego ochotnika nie jest już tak trudno. Trzeci i czwarty pojawi się bez większych zachęt. Potem już wymiana prowadzących następuje bardzo płynnie, wręcz z przepychankami. A ja sobie do końca dnia szkoleniowego siedzę odprężona i zadowolona, że już nawet nieświadomie pokonuję strach i prę do przodu. Niekoniecznie dlatego że jestem numerologiczną jedynką.

Skąd to się bierze ten lęk przed byciem pierwszym? Zaryzykuję stwierdzenie, że ze szkoły. Mało kto chce wyjść do odpowiedzi na ochotnika. Z reguły dlatego że po prostu nie jest się przygotowanym, ale często z powodu obaw, że za chwilę ktoś wyśmieje, źle oceni. Poza tym lepiej być szaraczkiem, niż wyjść przed szereg. Tylko jak długo można usprawiedliwiać się przeżyciami ze szkoły? Nie dziwi mnie wcale, że pierwszymi wcale nie są ludzie, którzy mają największą wiedzę czy umiejętności. Prowadzą czasem Ci, których ręce wystrzeliwują w górę, a nogi przekraczają nawet najbardziej stresujące progi, zanim ci w ogóle zdążą się zastanowić nad tym, co robią.

Ludzie, którzy się boją choć raz przodować albo zawsze muszą być za kimś dla tak zwanego bezpieczeństwa, nigdy nie będą czuli się pierwsi, nie będą zwycięzcami w swoim życiu. A potem pojawią się pretensje podobne do słów Pazury w „Nic śmiesznego”: Drugi. Zawsze kurwa drugi.

A który masz być, skoro boisz się być pierwszy?

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *