Udawany uśmiech (instruktora)

 

Na drodze rozwoju osobistego natknęłam się na różne teorie na temat polepszania sobie nastroju. Najbardziej banalną z nich jest małe oszustwo… udawanie uśmiechu.

Dosłownie. Zwykły grymas, podkówka do góry, nawet ta wymuszona do granic możliwości (moim granicami jest to, że przestaję widzieć. Poliki mi zasłaniają oczy…). Jest  prawie pewne, że na początku będzie to przypominać ironiczny uśmieszek na widok czyjegoś zdjęcia profilowego, informacji o podwyżce, z której nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać albo… (dopisz swoje). Czyli nie będzie to reakcja szczera. Jednak nie o szczerość nam chodzi, bo tak jak wspomniałam, istotne jest tutaj udawanie. O którym wie tylko praktykujący, nawet poza swoim mózgiem. Jasne, co bardziej zorientowani potrafią odróżnić, czy śmiejemy się szczerze, czy nie (w szczerym uśmiechu śmieją się też oczy), ale umówmy się, że mało kto w codziennych interakcjach sprawdza ilość zmarszczek mimicznych u drugiego, by mieć na jakiej podstawie zarzucić mu udawanie.

Spece od rozwoju, na przykład coache, zgodnie twierdzą, że mózg można oszukać. Udając grymas, do naszej głowy dociera informacja, że jednak z czegoś zacieszamy. Możliwe całkiem, że zniesmaczony uśmiech za chwilę przerodzi się w coś całkiem naturalnego i poczujemy się lepiej.

Od kogo nauczyć się takiej postawy? Tak, od tego, pod okiem którego zostawiasz siódme poty na sali fitness. Instruktorzy czasem też mają  gorsze dni (poważnie, czasem nawet piją alkohol, jedzą pizzę albo uporczywie powtarzają „nie chce mi się”), ale nie pokazują tego. A w każdym razie nie powinni. Większość jest raczej radosna i uśmiechnięta z natury, ale nie oszukujmy się – nawet urodzony optymista, dla higieny psychicznej, może się czasem wkur zirytować. Oczywiście instruktor łachy nie robi i do prezentowania zdrowego uzębienia powinien być zobowiązany w umowie. Jako że nawet z niepisanego zobowiązania się wywiązuje, to od pierwszych minut zajęć się śmieje, czy ma na to ochotę, czy nie. A potem już zaciesza, bo ochoty nabrał. Z samego udawania. I to samo poleca bliźnim po drugiej stronie sali, a w obecnych okolicznościach: monitora.

Na wyMUSZony uśmiech macie więc moje błogosławieństwo. Na postępowanie według zasady „Fake it till you make it” – też. Inne udawania (dokręcanie na zajęciach albo wszystko to, co udajecie w zaciszu domowym) to już nie jest samo dobro, bo raczej nie prowadzi do poprawy czegokolwiek, a przecież chodzi o wieczny progres!

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *