Uwielbiam czekać

 

Był ciepły, sierpniowy wieczór, a ja, strudzona całonocną podróżą z przygodami (i siostrą) do Krakowa, usiadłam na festiwalowy leżak i… zasnęłam. Mam to wypominane do dziś (super wyrażenie, zupełnie jak „mieć coś wisieć w szafie”), ale nie żałuję, bo dzięki temu po przespanym koncercie Much mogłam z odświeżonym umysłem zaklepać sobie miejsce kilka metrów od sceny i czekać tam na to, po co przejechałam te kilkaset kilometrów.

Widziałam, jak lecą minuty. Słyszałam kolejne piosenki zespołu poprzedzającego ten „mój” („Jadę w sierpniu na koncert mojego zespołu!” „Tak, a na czym grasz?”) i z jednej strony nie mogłam się doczekać, aż zobaczę te gwiazdy, które znam z jutuba, a z drugiej radowałam się stanem, który mi towarzyszył. To uczucie, kiedy wszystko w środku drży, bo wiesz, że czekasz na najlepsze. To nie stres jak przed maturą i jej wynikami, nie jak czekanie na egzamin na prawo jazdy, to nie czekanie w kolejce do lekarza. Bo w tym przypadku oczekując masz pewność, że zaraz stanie się coś dobrego. Za kilka minut, za pięć wyjść konferansjera, za cztery kuksańce w bok od emo-nastolatka obok.

^^^

Wiedziałam od kilku lat, że to zrobię, a odkąd wpłaciłam pieniądze na konto organizatora, każdy kilometr cieszył podwójnie, bo zbliżał do maratonu. Myśli skupione na jednej rzeczy to niesamowity komfort. Prosta ścieżka i mało rozpraszania się. Ostatni miesiąc, ostatni tydzień, ostatni dzień i ostatnie, trudne godziny przed. I w końcu wystrzał z pistoletu. I w końcu bladość na mecie. Warto było na to czekać. Dla tego bólu, dla tego poczucia celu, dla kciuków osób bliskich i tych bliskich tylko okazjonalnie. Nawet dla końcowej myśli: „bieganie jest bezsensu”. Mieć coś tak dużego w perspektywie wciąż jest dla mnie receptą na zdrowy łeb.

^^^

Księżniczka siedziała w najwyższej komnacie najwyższej wieży dwudziesty któryś rok z rzędu i konsekwentnie nie słuchała królowej, która powtarzała: „Oj, córcia! Ty to masz za wysokie wymagania. Już tu tylu książąt pukało do drzwi komnaty, a ty ciągle zaspaną udajesz”. Córcia uprzejmie, acz leniwie odprawiała z kwitkiem odwiedzających, informując przy okazji mamę, że wzięła przykład z Zagrobelnego i postawiła życie na czekanie.

Bo wiedziała, że poczekać warto.

Na werbalne wyrażenie tej samej myśli w tym samym momencie. Na ciągłe „Też chciałem to powiedzieć” i „To samo pomyślałem!”. Na wybuchy śmiechu podczas wspólnego spaceru po królewskich włościach. Na tak samo suche poczucie humoru i tworzenie lingwistycznych zawijasów. Na uśmiechanie się do swoich myśli. I niepokój, kiedy towarzysz na chwilę odszedł do innych zadań niż pilnowanie nastroju królewny.

Dwudziesty któryś rok życia świętowała już zginając się w pół ze śmiechu i słysząc: „Oj weź, nie ma takiego czytania w myślach!”.

W końcu każdy najlepiej powinien wiedzieć, na kogo czeka, a potem wpuszcza do swojej bajki. Albo na swojego bajka.

^^^

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (3)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *