VII Bieg Papiernika. Karetki, ciary… i moc!

 

Coś za bardzo wyluzowana byłam o poranku… Robiąc kilka niepotrzebnych czynności zmarnowałam sporo czasu, który można było przeznaczyć na spokojne dojechanie na czas do Kwidzyna. Dzięki temu przez połowę drogi tłumaczyłam sobie, że nie ma sensu się stresować, że nie zdążymy, skoro nie mamy już na to wpływu (nie wynajmiemy helikoptera) i wymyśliłam ze dwa scenariusze spożytkowania sobotniego przedpołudnia na Pomorzu inaczej, niż to zaplanowane od zeszłej edycji biegu. No i jeśli nie zdążymy odebrać pakietów startowych, to w sumie nic się nie stanie, nie będzie trzeba biegać… 

IMG_20160521_105132

Ech, dezercja biegowa nie udała się. Będąc kilkanaście minut po czasie i tak otrzymaliśmy pakiety startowe. W nich mało makulatury (dziękować), ołszi, ręcznik z 4F (lepsze rozwiązanie niż czapeczki, które co roku oddaję), baton, który udawał zdrowy (ach, to Sante…) i numer startowy. Pozostało zrobić fotki na biegowej ściance i można było pędzić na start.

IMG_20160521_105003

Przygotowałam głowę na kilka rzeczy i dało mi to spory komfort. Wysoka temperatura jak co roku (choć prognozy wieściły co innego), ciasny początek i strefy czasowe, których wciąż niektórzy nie respektują. W tle: moje chęci zrobienia życiówki.

Zamiaru bicia „personal best” pozbyłam się dosyć szybko, bo na półmetku. Jednak to nie zmieniło mojego nastawienia do biegu. Lubię go bardzo i naprawdę niewiele mogło zepsuć tę imprezę. Nie zrobił tego upał, nie zrobiły moje dziwnie kamienne nogi ani zapachy, które unosiły się co jakiś czas nad International Paper. 

Szósty kilometr na każdym Papierniku jest dla mnie sprawą dość problematyczną. To początek drugiej połowy trasy; po początkowym podjaraniu się tempo zaczyna spadać, jest też ciasno i okoliczności przyrody raczej nie pomagają w podkręceniu obrotów. Dziś jednak nie dotknęło mnie znudzenie, a nawet mocno się zdenerwowałam.

Otóż zobaczyłam zawodnika (około 60 lat), który najwyraźniej zasłabł. Kilka osób do niego podeszło, położyło na trawie, udzielało pomocy. Za chwilę słyszałam, że na miejsce dociera karetka. Przez następne kilkaset metrów biegłam wewnętrznie wściekła – sama nie wiem, na co najbardziej. Na hasło tegorocznego biegu: „Łączymy pokolenia”? Na to, że wiele osób potraktowało to zbyt poważnie? Na to, że często wielu porywa się na coś, co powinno być jeszcze raz porządnie przemyślane, a może na całą tą popieprzoną modę na „możesz wszystko”?

Wiem, że to mógł być przypadek. Że mężczyzna miał wiele kilometrów w nogach, jest w dobrej formie, a dziś zdarzył się po prostu słabszy dzień i nie sprzyjały warunki atmosferyczne. Mając jednak głowę przepełnioną historiami o tym, jak zawodnicy cierpią w czasie biegów i co potrafią ryzykować dla amatorskiego wyczynu, nie mogłam pomyśleć inaczej…

 Tuż przed pierwszym podbiegiem (co roku się łudzę, że go nie będzie) za sprawą muzyki z mp3 zaczęły dziać się cuda na mojej skórze. Wraz z początkiem tego utworu na niebie na chwilę zrobiło się ciemniej, zawiał mocniejszy wiatr… Ten dał sporą ulgę, ale i sprawił, że klimat biegu zrobił się jeszcze bardziej złowieszczy. Pogoda, „Seams” i ta pieprzona górka – doskonały zestaw, po którym pozbierałam się w okolicy kolejnego natrysku. Niestety, dobrze odzyskany oddech straciłam przy ostatnim punkcie nawadniania. Wolontariusz podał mi już otwartą butelkę z wodą (dotąd robiliśmy to we własnym zakresie) i ja, zamiast podziękować skinieniem i uśmiechem, musiałam oczywiście zagadać: „Oooo, widzę full serwis!”. Przepłaciłam to zadyszką i późniejszym zachłyśnięciem się, co już na dobre wykluczyło mnie z walki o życiówkę, ale zdziwiony wzrok wolontariusza był tego wart!

Ósemka to już dobrze znane pokonywanie ostatniego podbiegu, kibice (!), a tuż po pokonaniu góry – dopływ mocy na zbiegu. Ostatnie dwa kilometry to ciągłe cofanie w odtwarzaczu mp3 jednego utworu, od którego jestem ostatnio uzależniona.

Dziś sprawił, że mimo kończącej się siły mogłam dosyć energicznie wbiec na metę z czasem 56:53 i w endorfinowej radości sprzeciwić się dawaniu mi medalu do ręki. „Nie nie nie!” – zaśmiałam się do pani i nachyliłam głowę, dzięki czemu wszystkie biegowe aspiracje sobotnie zostały spełnione: medal na szyi, wynik jak na niebieganie całkiem zacny, ciary zaliczone… nota napisana. ;)

IMG_20160521_124858

Można by rzec, że wszystko zagrało jak trzeba. Niestey…! Nie. W drodze powrotnej słuchaliśmy programu w radiu. O jedzeniu. Pani dietetyk mówiła, żeby jeść jak dama, nie jak odkurzacz.

Nie udało się.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *