Wieczorne napady głodu – jak sobie z tym poradzić?

Do lodówki w nocy poszłam tylko raz w życiu – w pomaratonową noc. Jest coś nieopisanie smutnego we wspomnieniu, że zrobiło się raz w życiu coś rozkosznego, ale dla własnego dobra nie można tego powtarzać… Yhm, wracam na ziemię. Wieczór to całkiem inna sprawa i bywają dni, w które przekonuję się kolejny raz, że lodówka jest jak facebook, czy odwrotnie. Otwierasz, zaglądasz, nic nie ma, zamykasz. Za chwilę znowu. Zdarzy się jednak, że coś znajdziesz. I przepadniesz. W obu przypadkach. Dziś o lodówczanych.

Jeśli większą część dnia spędzasz w domu, masz nienormowany czas pracy i możesz wybrać się do najciekawszego urządzenia w kuchni kiedy chcesz, możesz śmiało opuścić ten tekst i zajrzeć na przykład tutaj. Jeśli jednak bardziej są Ci znajome wieczorno-nocne wyprawy do lodówki, a po wyjściu z pracy blisko Ci do psa tropiącego i węszysz, aby znaleźć najlepiej wyposażoną w asortyment cukiernię, być może właśnie na tej stronie znajdziesz coś dla siebie.

Śniadanie zapracowanego człowieka to nierzadko kawa plus cokolwiek. Dobrze, jak to cokolwiek jest, choć i to nie wróży, że będzie rzeczony człowiek zadowolony ze swojego odbicia w lustrze. W pracy, jeśli się uda, to coś w siebie wrzuci, ale na nadmiar wolnego czasu w korporacji chyba mało kto narzeka. Nie jest nawet tak, że nie chce się jeść – o  jedzeniu się po prostu nie myśli. Dopiero kiedy nadchodzi upragniona szesnasta, osiemnasta czy inna godzina zwiastująca rychłe opuszczenie biurowca, odzywa się on.

Głód. Człowiek przestaje racjonalnie myśleć. Łapie trop i do cukierni, i do restauracji, gdziekolwiek! Jasne, w domu jest obiad, ale kto by do niego doczekał? Przecież to instynkt! Trzeba przetrwać, posiłek jest potrzebny teraz, zaraz… Gdzieś w podświadomości wiadomo, że na drożdżówce i obiedzie się nie skończy. Bo wieczór jest długi, niewinna biel lodówki tak zachęca…

To całkiem naturalne. To nic dziwnego. To reakcja organizmu na to, co się działo cały dzień. Stres. Napięcie. Mobilizacja. Brak paliwa. Zanim jednak dostaniesz przyzwolenie na takie zachowanie i w efekcie walczenie z nadprogramowymi kilogramami, poczytaj o rozwiązaniu. Ono istnieje. Recepta jak zwykle jest banalna. JEŚĆ I PIĆ.

Po pierwsze, tłuste śniadanie. Im tłuściej, tym większa sytość na najbliższych kilka godzin. Trochę to odbiega od panujących obecnie teorii o tym, że śniadanie powinno być węglowodanowe, by „zapewnić energię na cały dzień”. Ty chcesz być syty cały dzień. Nie czuć ssania w żołądku. A nie tylko poczuć chwilowego kopa, a potem hamować głowę przed opadaniem na klawiaturę służbowego komputera. Warto więc już w pierwszej godzinie dnia zadbać o to, żeby w pracy nie zjechać z krzesła, a  wieczorem nie być bohaterem dramatycznych, kuchennych scen na własnym kwadracie.

Po drugie: chwila w pracy na posiłek. Jeśli nie jesteś ciężko pracującym robotnikiem, nie potrzebujesz ogromnego doładowania. Ale zjeść trzeba. Przekąszenie jabłka raczej przyczyni się do tego, że znów będziesz głodny za godzinę, więc polecam wciągnąć też na przykład orzechy. I znowu sytość na jakiś czas gwarantowana.

Po trzecie: woda. Jeśli zadbasz o prawidłowe nawodnienie, organizm będzie bardziej łaskawy wieczorem. Odróżnianie pragnienia od głodu jest równie mile widziane co dostrzeganie różnicy między „bynajmniej” i „przynajmniej”. Zanim sięgniesz po kolejny owoc albo cukierka, napij się wody. Chce się jeść dalej? Możliwe, to zjedz. Często jednak już po szklance wody można poczuć, że panuje się nad sytuacją, bo tak naprawdę ostatnim płynem, jaki miało się w ustach, była kawa. Cztery godziny wcześniej.

Po ostatnie i równie ważne: świadomość tego, co się dzieje, to sprawa kluczowa. Uświadomienie sobie, że jest się  podatnym na wyprawy do lodówki (i kiedy najbardziej) pozwala zapanować nad tym odruchem. Kiedy skradasz się do kuchni, słysząc cichy głos w głowie: „No i po co to robisz…? Jadłeś dwie minuty  temu…”, istnieje szansa, że procesy myślowe zachodzące w głowie zahamują Twoją wieczorną mobilność.  Oczywiście nic nie przychodzi samo i trzeba nad tym pracować, więc nie ma co spodziewać się cudów bez utrwalania oczekiwanych zachowań.

Zadbanie o trzy poprzednie punkty powinno sprawić, że napady głodu będą miały mniejszy kaliber, a więc i nie trzeba będzie być tak czujnym, choć nie należy zasypiać, bo… organizm to organizm, on swoje sztuczki i tak ma i będzie chciał postawić na swoim.

Jeśli mimo wszystko nadal masz ciągoty lodówkowe, to możliwe, że trzeba w głowie przeprogramować się od podstaw, a to dosyć skomplikowany temat. Na tyle, że przez parę lat go rozkładałam na czynniki pierwsze. Z powodzeniem! I chętnie się podzielę.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (4)

  1. „Jeśli większą część dnia spędzasz w domu, masz nienormowany czas pracy i możesz wybrać się do najciekawszego urządzenia w kuchni kiedy chcesz”- niektórzy w takich sytuacjach również często wędrują do kuchni, nawet z nudów.
    Otwierając lodówkę i gapiąc się w nią bez sensu, od razu przychodzi mi do głowy tekst mamy: ” to nie lustro!”. Wtedy ją zamykam wiedząc, że tak naprawdę nie jestem głodna.

    PS.
    Zawsze są jeszcze jakieś skarby pochowane w szafkach. :D

    1. Jedzenie z nudów to jeszcze inna sprawa i chyba też warta opisania. Bardziej skupiałam się na tym, że podczas pracy w domu nie ma tego problemu, że nie ma kiedy pójść zjeść. Tekst mamy dobry!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *