Wrzucić na luz, jechać na wolnym kole

 To już któryś dzień z rzędu podczas długiego spaceru do pracy zastanawiałam się (czemu nie pospałam dłużej i nie pojechałam autobusem), jak z tych rozlazłych myśli pozbierać coś, co da się ubrać w formę i zamieścić na blogu. Przecież od wielu dni chcę napisać, czemu nie śledzę już dietetycznych fan pages, dlaczego świetne są interwały długiego czasu, chcę też dodać coś świątecznego i może dowiedzieć się od Was, jak minął rok.

 Najchętniej napisałabym też, w które planszówki można grać całą noc. Ale przecież to się nie wpisuje w tematykę bloga.

Nie udaje mi się to całe pisanie, tylko w głowie są zarysy, audycja czeka na montaż, a ja… bezczelnie się nie przejmuję.

Zamiast brać na głowę, że zgubiłam póki co regularne publikowanie swoich wypocin, co nadawało mojemu obserwacjom pewien porządek, wolę porozkoszować się końcoworocznym spokojem. Dla wielu to czas dopinania na ostatni guzik pewnych przedwsięzięć, rozliczania siebie i nierzadko innych. Dla mnie to po prostu czas zawieszenia. Tym razem głowy nie zaprzątają wykresy licencyjne, nie mówiąc już o mikro i makroskładnikach w diecie. Dobrze wiem, że na postanowienia nie trzeba czekać do nowego roku, że można zacząć teraz. I niech ta wiedza sobie będzie, jeszcze się przyda, tymczasem odpoczywa.

Jak świetnie się nie przejmować, że brzuch jakiś miększy i nie dać dojść do głosu myślom zaczynającym się od „cardio klucha!”, tylko popołudniami czytać pod kocem wywiad-rzekę ze Staszewskim albo rozpracowywać kolejną grę i przypomnieć sobie, jak świetną umiejętnością jest koncentracja. Komfort pieczenia ciastek i rozmowy do późna z dawno niewidzianymi znajomymi cieszą bardziej niż martwią nieprzebiegnięte kilometry i zakurzony blog.

To takie niegodne w dzisiejszych czasach, tak totalnie się rozleniwić, nie robić kraty na brzuchu i nie mieć potrzeb, nad których rozbudzeniem pracują marketingowcy. Nie korzystać z „pięciu sposobów na”, nie czytać, jak zrobić idealne święta i nie mieć wyrzutów sumienia, że moje takie nie będą. Oddychać bez stresu. Zwyczajnie nie musieć.

Jaki to miły i wygodny stan, wbrew tej całej filozofii strefy komfortu, z której każą mi wychodzić. 

Dojazd do skrzyżowania na luzie, choć na kursie tego nie uczą. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że za chwilę trzeba wrzucić jedynkę i zdecydować, w którą stronę ruszyć.

Właśnie. Za chwilę.

 

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (5)

  1. I prawidłowo! Ja z kolei pierwszy raz od trzech lat nie rozmyślam na ile będę mogła pozwolić sobie pierogów, ani ile kawałków ciasto będę mogła zjeść i czy przypadkiem nie spowoduje to przybrania na wadze. I muszę przyznać, jest mi z tym fantastycznie^^

  2. Ja też już zwalniam. Wczoraj miałam ostatnie kolokwium w tym roku kalendarzowym, więc spokojnie mogę wrzucić na luz. To było intensywne 2,5 miesiąca i zdecydowanie potrzebuję takiego nicnierobienia :)
    P.S. Liczę, że mimo wszystko kiedyś pojawi się wpis o planszówkach :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *