Z pamiętnika instruktora #2

Jadę tramwajem do klubu, wcinam rzodkiewki i wafle ryżowe. Całe szczęście, że nie pączka – wizerunek ległby w gruzach, gdyż do tramwaju wsiada klientka klubu.

– Jedziesz do mnie?

– No, przepustkę ze szpitala wzięłam na zajęcia.

– Cooo?… – pytam mało rezolutnie – Może rzodkiewkę?

– A, daaj. No na głowę idzie dostać. Dwa dni już się nie ruszałam. Mówię pojeżdżę trochę na rowerze, to lepiej będę spała. Ocipiałabyś tam. A byś widziała poranną gimnastykę w szpitalu…

To się nazywa miłość do aktywności fizycznej.

 

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (4)

  1. Ja znam jeszcze jeden szczegół z tej historii, zasłyszany w szatni. A mianowicie:
    – A Ty z workiem przyszłaś?!
    – No powiedziałam, że idę na zakupy, coś musiałam wziąć…

    Czy jakoś tak to szło. :D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *