Zakochałam się. Na ostro

 

OK. A teraz zacznij kręcić. I w trakcie pedałowania zaciągnij do góry ten czerwony język. No, jeszcze raz. I jeszcze raz. To jest hamulec. W tym rowerze jest ostre koło zamachowe, waży kilkanaście kilogramów. W związku z tym nie hamujemy nogami, bo byłoby to niebezpieczne.

Stara formułka. Zdanie, które mówię każdemu, kto przychodzi na zajęcia po raz pierwszy. Ostatnio mam wrażenie, że nie miałam pojęcia, o czym mówię, dopóki nie poznałam tego, co widać na zdjęciu.

Wszystko zaczęło się na fejsie. Nieśmiało zapytałam Kubę, czy jedzie na Blog Meeting w Toruniu, a on stwierdził, że tak. I  że możemy to zrobić rowerami. Uspokoiłam się – nie mam roweru! Są jednak tacy ludzie, dla których nic nie jest problemem.

Wciąż nie wiedziałam o co chodzi i czym tu się jarać, kiedy słyszałam tyle dobrego o takiej maszynie. Nie da się jeździć wolno na tym rowerze? Pewnie pokażę, że się da.

 – Rower to nie problem, mogę wykombinować coś na szosę.

– Co Ty dajesz.:D
– Kiedy byś mogła jechać?
– Pożyczyć szosę?
– No ba! Albo szosę znajdę, albo ostre koło.W każdym razie oponki cienkie, opory minimalne, machinę do zapierdalania. Może od Mateusza to jego zielone pożyczymy. Jedzie się jakieś 1,5-2h. Trochę wolniej niż pociąg.
– No nie wiem czy da komuś ją ujeżdżać.:D
– Ten blog jest w sobotę. W sensie Toruń Blog Meeting.
(…)
– Spoko. To byśmy musieli dosyć prędko wyjechać? Chyba że nie musimy być od początku.W sensie ja nie muszę.
– Nie musimy.
– No to wstępnie się podjarałam. Ale nigdy nie zapierdalałam 100 km. Więc dolicz 0,5h ;d
– A na tych rowerkach nie jeździsz tyle?
– Nie liczyłam nigdy. Ale spoko – nie pękam. A spoko mieć kask, co?
Przy tych prędkościach co będziemy osiągać kask nic nie daje xD Ja mam czapeczkę.
– No no no, jasne, weź po uwagę, że masz żółtodzioba szosowego pod skrzydłami (na ogonie :D) jakby co
[…]
 

Rower faktycznie „się znalazł”. A ja przepadłam.

Pierwsze nieudaczne obroty koła. Nogi w górze, „puszczone pedały”, łaaa, jak zatrzymać tę machinę?! Gdzie czerwony język do hamowania? Gdzie przerzutki? Jak to „bez przełożeń”? Jak tu zjechać z góry? Jak pod górę podjechać?

Później jednak nastąpiło stopniowe docieranie się ze sprzętem. Znajdowanie analogii między ostrym kołem w tomahawku i ostrym kołem do jazdy w terenie. Coraz większe prędkości – można na ostrym jeździć wolno, tylko po co…? Wreszcie śmiałe jechanie do innego miasta i wracanie z niego nocą. Postanowienie, że ze skrzętnie odkładanej kasy będzie kupiony nie tylko telefon, ale tańsze urządzenie i… części do biało – niebieskiej wymarzonej rakiety: tak, żeby na wiosnę móc się cieszyć.

Czym? Tym, że nie jest się zależnym od komunikacji miejskiej. Tym, że można poczuć olbrzymią wolność, mijając zakorkowane ulice albo po prostu płynąc po asfalcie w nocy. Tym, że odpowiednie dotarcie się z ostrym skutkuje genialną jazdą. Tym, że jedna myśl o „jedziemy za miasto” może być prawie że od razu zrealizowana.

Jeździć ostro(żnie)…

Ten wpis to moje „dziękuję”. Wiecie, że do Was.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (2)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *