Zima na Antarktydzie i zaczynasz doceniać

Lubię miasto. Mimo że uwielbiam zafundować sobie kilka godzin z dala od miejskiego zgiełku, nigdy nie marzyłam o domku na wsi i o tych wszystkich innych sprawach, które wielu ludzi wpisuje na listę warunków koniecznych do szczęścia. Wolę ten ruch, możliwość kupienia wody mineralnej co kilkaset metrów, atrakcje weekendowe, klimat starówek i zawody uliczne. Owszem, do usłyszenia siebie potrzeba oddalić się czasem od hałasu i jak najbardziej za tym optuję. Ale żeby zaraz na Antarktydę?

Są ludzie, którzy możliwość pojeżdżenia samochodem po mieście spychają na dalszy plan, ale by poczuć kontakt z naturą nie wystarczy im  chatka na wsi. Pakują się i lecą pracować na najzimniejszy kontynent. (Tak, muszą mieć zdrowie, wiedzę i umiejętności, by się tam załapać. Pozwólcie jednak, że nie będę zaznaczać oczywistości). Oglądając „Antarktyda. Rok na lodzie”, oprócz zacieszania widokiem pigwinów (mają poziom inteliencji podobny do kur. Rico, doprawdy?) czekałam, aż bohaterowie zaczną opowiadać, czego im brakuje, kiedy są oddaleni od domu. I to nie podczas lata, które jest tam jasne i dosyć łagodne (nie licząc towarzystwa oczywistej temperatury i huraganów o różnym natężeniu), ale kiedy decydują się pozostać tam na zimę i nie móc zobaczyć słońca przez kilka miesięcy. Tak, jest ciemno. Cały czas.

Ludzie, którzy znaleźli się na granicy swoich sił, zetknęli się ze śmiercią, wywalczyli powrót do zdrowia z ciężkiej choroby, albo koczowali w nienaturalnym dla siebie środowisku, mają maksymalnie zmienioną perspektywę. I tego brakuje rutynowym mieszczuchom, którym jestem ja, którym jesteś Ty. Ci ludzie – zasłużenie – mogą odpowiedzieć innym na pytanie: „Jak żyć?”. Mówią o docenianiu czegoś, co rozpędzonym ludziom miasta wydaje się banalne i dane raz na zawsze. Ktoś, kto przez kilka miesięcy otwiera drzwi kontenerów, dźwigów i sypialni i widzi tam śnieg, powie innym, że marzy o promieniach słońca. My – Polacy – też czekamy na to z utęsknieniem, ale nie doświadczamy czteromiesięcznej ciemności, a „tylko” szarej jesieni. I już jesteśmy marudni… Pracujący na Antarktydzie marzą o chodzeniu boso po trawie. O zapachu ziemi (na tym kontynecie jej nie uświadczysz – jest wulkanicznie). O zobaczeniu morza, oceanu. O parkach botanicznych.

Teraz powinnam dodać nawiedzonym tonem: doceniaj poranne ćwierkanie ptaka! Ale nic mi do Twojej percepcji. Mogę polecić natomiast „Antarktyda: rok na lodzie”, bo oprócz foczek, pingwinów i wiatrów wiejących z prędkością 180 km/h  można zobaczyć, jakie cuda dzieją się z ludzkim organizmem, kiedy w grę zaczyna wchodzić instynkt i brak tego, do czego przywyknął. Jak ludzie postrzegają za wielkie mało istotne na co dzień rzeczy. Ja po takich projekcjach zawsze upewniam się, że MOŻNA.

I Wam życzę, byście mogli w weekend!

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *